Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Od Stanisławowa do Australii


Od Stanisławowa do Australii (2)


Melbourne było ogromne: ze wschodu na zachód ciągnęło się czterdzieści pięć, a z północy na południe – sześćdziesiąt kilometrów. Samo śródmieście mieściło się za to na niewielkim obszarze czterech kilometrów kwadratowych. Miały tu swoją siedzibę domy towarowe, banki, hotele, sklepy i restauracje. Dookoła rozrzucone były dziesiątki rozległych dzielnic mieszkaniowych z domami ukrytymi w bujnej zieleni ogrodów.

Natychmiast po przyjeździe zaczęliśmy szukać pracy. Odległości do pokonania były olbrzymie. Istniała, co prawda dobra komunikacja kolejowa, tramwajowa i autobusowa, ale większość mieszkańców poszczególnych dzielnic dojeżdżała do pracy własnym samochodem. Z pieniędzy zarobionych we Wiedniu pozostało niewiele. Zrezygnowaliśmy więc na razie z kupna takich przedmiotów jak łóżka, stół i krzesła i nabyliśmy na licytacji byłych pojazdów pocztowych używany samochód Ford Combi i nieodzowny plan miasta na sześciuset stronach druku. Na podłodze spaliśmy jednak niedługo i krótko spożywaliśmy posiłki na kolanach. Na wiadomość o przyjeździe pierwszej rodziny z Polski po wydarzeniach 1967/68 roku nieznajomi ludzie znosili nam stoły , szafy i krzesła, jak również garnki, talerze i szklanki. Przyjmowaliśmy wszystko z wdzięcznością; nasz bagaż płynął okrętem i mógł dotrzeć do Melbourne dopiero za kilka miesięcy. Nawiązaliśmy wówczas wiele przyjaźni, które w większości przypadków przetrwały do dziś.

Znalezienie pracy nie było trudne, pomimo że nasza znajomość angielskiego była słaba i pierwsze próby porozumiewania się z Australijczykami okazały się katastrofą. Mówili szybko, niewyraźnie i z upodobaniem połykali końcówki. Wiedzieliśmy, że nie możemy być wybredni i już po tygodniu Otek zaczął pierwszą pracę. Przez siedem godzin dziennie pakował do pudeł damskie torebki w fabryce w Abbotsford i dostawał za to 40 dolarów tygodniowo. Za mieszkanie płaciliśmy 24 dolary, reszta musiała nam wystarczyć na wszystko inne. Jedzenie było tanie. Co sobotę robiliśmy zakupy na Victoria Market. Nigdy dotąd nie widzieliśmy takich ilości pomarańcz, grejpfrutów i ananasów. Tu zaopatrywaliśmy się w owoce i jarzyny na cały tydzień, płacąc za wszystko około 8 dolarów. Chleb, mleko i masło kupowaliśmy w „milkbarze”. Wbrew swojej nazwie był to lokalny sklep spożywczy, w którym można było kupić również wszystko inne: gazety i papierosy, pastę do zębów, środki piorące, papeterię i proszki od bólu głowy. Milibary były zawsze otwarte – za wyjątkiem Wielkiego Piątku – od 5 rano po późnej nocy.

Do końca roku szkolnego pozostawały jeszcze dwa miesiące. Zapisaliśmy więc nasze córki, Joasię i Oleńkę do szkoły. Było im bardzo trudno, bo język angielski był im całkowicie obcy. Joasia, która w swoim krótkim życiu chodziła już do szkół z czeskim, rosyjskim, polskim i niemieckim językiem wykładowym często wracała do domu z płaczem. Oleńce było łatwiej, ponieważ zaczynała od pierwszej klasy.

Z jednej pensji trudno nam było się utrzymać. Zaczęłam więc pracować przez kilka godzin dziennie w niewielkim sklepie jubilerskim. Sprzątałam, odkurzałam gabloty i czyściłam do połysku szybę wystawową. Po pewnym czasie pomagałam już przy sprzedaży i pakowałam paczuszki z towarem. Moja praca w sklepie nie trwała jednak długo. Wkrótce, dzięki pomocy dobrych ludzi, znalazłam posadę w polskim biurze podróży. Siedziałam już za biurkiem i rozmawiałam z klientami po polsku albo po rosyjsku. Zarabiałam 37 dolarów na tydzień, najniższą stawkę dla kobiet, które wówczas dostawały mniej od mężczyzn za tę samą pracę.

Jak na urągowisko – zajmowałam się organizacją pierwszych wycieczek dla Miejscowej Polonii. Załatwiałam australijskie paszporty i polskie wizy wjazdowe. Odwoziłam grupy wycieczkowiczów do Sydney, gdzie rozpoczynał się pierwszy etap podróży zagranicznej. Wsadzałam ich do samolotu, życząc szczęśliwej podróży, ale nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie dlaczego nie jadę razem z nimi do Polski...

Załatwiałam także wyjazdy do Rosji na zaproszenia rodzinne, tzw. „wizowy”. Na wizę rosyjską czekało się wiele miesięcy, czasem nawet rok. Wiza określała miejsce zamieszkania rodziny i tylko tam wolno było przebywać. Zaproszenia nadchodziły przeważnie z Ukrainy i Białorusi, z małych miasteczek albo wiosek, ale czasem zdarzały się „wizowy” ze Lwowa.

Jednym z miejsc, objętym całkowitym zakazem wjazdu dla cudzoziemców był mój Stanisławów, przemianowany obecnie na Iwano-Frankowsk; podobno mieściły się tam tajne obiekty wojskowe...



Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011