Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Od Stanisławowa do Australii


Od Stanisławowa do Australii (3)


Z początkiem 1969 roku Otek rozpoczął nową pracę w odlewni metalu. Było gorące australijskie lato. Odlewnia mieściła się w niewielkim pomieszczeniu bez wentylacji. Kiedy na dworze temperatura wynosiła 35 stopni to wewnątrz trudno było wytrzymać. Często trzeba było pracować do późnych godzin nocnych. Otek wytrzymał tam dwa miesiące. Potem ktoś polecił go do pracy w sklepie z towarami łokciowymi. Był to właściwie magazyn z wejściem od ulicy, w którym w wielkim nieładzie piętrzyły się zwoje materiałów; można w nim było dostać wszystko: haftowane złotem tiule, lśniące tafty i miękkie aksamity. Stąd pochodziły materiały, z których powstawały bogate stroje teatralne. Tu zaopatrywały się miejscowe elegantki i kobiety z półświatka, tu wreszcie przychodziły krawcowe po specjalny kawałek koronki dla wybrednych klientek.

Dni wolne spędzaliśmy z dziećmi. Chodziliśmy na długie spacery po ulicach Kew. Oglądaliśmy malownicze domy wiktoriańskie, zdobione żeliwną koronką i barwnymi witrażami w oknach. Niektóre ukryte za kamiennym murem, jeszcze inne widoczne z daleka, otoczone sztachetkami, wśród gazonów kolorowego kwiecia. Prowadził do nich wysypany piaskiem podjazd, a w ogrodzie cieszyły oko fontanny i altanki.

Dziewczynki patrzyły na to ze źle ukrywaną zazdrością.

W którąś niedzielę pojechaliśmy do Ogrodu Botanicznego. Zachłysnęliśmy się jego pięknem. Staliśmy nad stawem, porośniętym kwiatami lilii wodnych i oglądaliśmy czarne łabędzie pływające po lustrzanej tafli. Podziwialiśmy nieznaną roślinność: drzewa paprociowe, palmy, agawy i aurokarie. Kaktusy o przedziwnych kształtach, dochodzące do kilku metrów wysokości, drzewa eukaliptusowe i bambusy… Jeździliśmy na Philip Island aby o zmroku przyglądać się paradzie pingwinów. Zwiedzaliśmy miasteczko Ballarat – historyczny skansen z okresu australijskiej gorączki złota. Głaskaliśmy koale i kangury w rezerwacie narodowym w Hillsville. Kąpaliśmy się z delfinami w Oceanie Spokojnym na plaży w Sorrento i pływaliśmy w ciepłych falach zatoki w Mt.Eliza

Australia podobała nam się coraz bardziej...

...Do nowego domu przy Kooyong Road w dzielnicy Elsternwick wprowadziliśmy się w pierwszą rocznicę przyjazdu do Australii. Dom był drewniany, kosztował 15 tys. dolarów, a kupiliśmy go dzięki zaciągnięciu pożyczki bankowej i drobnych pożyczek prywatnych od niedawno poznanych życzliwych nam ludzi. Chcieliśmy je jak najszybciej spłacić - przynajmniej te prywatne – więc Otek znalazł dodatkowe zajęcie, polegające na pakowaniu paczek z odzieżą używaną do Rosji – za 50 centów od paczki. Po kilku miesiącach zaczął już pracować za biurkiem w fabryce odzieży sportowej, ale z pakowania paczek zrezygnował dopiero wtedy, kiedy otrzymał pierwszą podwyżkę.

Dziewczynki rosły, mówiły już po angielsku, uczyły się dobrze i miały swoje australijskie koleżanki. Tylko w domu musiały mówić po polsku.

Kupiliśmy psa – jamnika i nazwaliśmy go Punczi, na pamiątkę ustrońskiego pinczerka, a od znajomych dostaliśmy malutką czarną kotkę Kleopatrę. Co wieczór wychodziliśmy z nimi na spacer – Punczi na smyczy a Kleo koło nogi.

Potem kupiliśmy przyczepę kampingową. Wyjeżdżaliśmy teraz dalej w głąb Wiktorii – na Wilsons Promontory – najdalej na południe wysunięty cypel kontynentu; do nadmorskiej miejscowości Lorne i w góry do Grampians. A któregoś roku zaokrętowaliśmy z samochodem i przyczepą na statek i popłynęliśmy na Tasmanię.

Po trzech latach ktoś zaproponował mi przejęcie sklepu z odzieżą dziecięcą w odległej dzielnicy St. Albans, 32 km od domu. Postanowiłam spróbować. St. Albans było młodą dzielnicą imigrancką. Mieszkali tam Serbowie i Chorwaci, Włosi i Maltańczycy, Polacy, Czesi i Niemcy. Rozmawiano wieloma językami, a najrzadziej używanym był język angielski. Na niektórych sklepach wisiały informacje :”Wir sprechen Deutch”, „Hovorime srbsky”, „Mówimy po polsku” , a na samym końcu „English also spoken”. W rok później Otek zrezygnował ze swojej pracy i odtąd razem już jeździliśmy do St. Albans. Wychodziliśmy z domu wcześnie rano, a wracaliśmy o zmroku. Pracowaliśmy siedem dni w tygodniu. W piątki sklep był otwarty do 9 wieczór, a w niedziele jeździliśmy do fabryk, zaopatrując się w towar.



Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011