Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Piórem, Pędzlem i...

Z szuflady na wystawę

Panorama w sieci, lipiec 2006

Niedziela, 23 dzień lipca, 2006 rok. W Adelaide South-West Community Centre przy Sturt Street otwarto wystawę dzieł polskich artystów plastyków, tworzących w Adelaide. Otwarcia wystawy dokonała p. Nicola Downer – przewodnicząca Komitetu Doradczego ds. Wielokulturowości w Australii.


Patricia i Aleksander Ćmielewscy

Od tego „słupa” wszystko się zaczęło

Organizatorzy: Krystyna Misiak
i dr Andy Czechowicz

Nicola Downer, Patricia Cmielewski
i dr Andy Czechowicz

Teresa i Bronek Wilkansowie ze swoją książką

Jerzy Misiak, Halina i Stanisław Turek

Krystyna Krupska
i obraz Zbigniewa Mazurczaka

Swoje prace wystawiali, a także sprzedawali, Krysia Andrecki, Lucia Urbaniak, Ewa Połońska, Ania Herburt i Marek Herburt, Grzegorz Koterski, Zbigniew Mazurczak, Paweł Kopetz.

2006 rok – jak zapewne Czytelnicy „Panoramy” doskonale wiedzą – jest Rokiem Południowoaustralijskiej Polonii. Była to kolejna impreza związana ze 150-leciem polskiego osadnictwa.

Główną bohaterką tego dnia była Pani Patricia Ćmielewski, która zaprezentowała swoją książkę napisaną w języku angielskim o Pawle Brylińskim zatytułowaną: „Paweł Bryliński 1814-1890, zadziwiający rzeźbiarz ludowy”. Ta książka to praca naukowa, dzięki której Patricia Ćmielewski obroniła na uniwersytecie tytuł Honorous Degree. Książka znajduje się w zbiorach Flinders University. Teraz, za namową dzieci państwa Ćmielewskich, ujrzała światło dzienne. Z szuflady trafiła na rocznicową wystawę. Pojedzie dalej – do Polski, do USA, znajdzie swoje miejsce w zbiorach australijskich. Szkoda, że nie jest na sprzedaż.

Pan Aleksander Ćmielewski zdradza mi tajemnicę powstania tej książki. — Wszystko zaczęło się od pocztówek! — mówi. — Byliśmy wtedy z żoną w Polsce. Któregoś dnia Patricia przyszła do domu z czytelni, w ręku niosła chyba z sześć pocztówek, na których były uwidocznione ludowe, polskie, przydrożne świątki. Była nimi zachwycona! Wtedy moja matka powiedziała jej, że jedna z tych rzeźb widoczna na pocztówce, znajduje się na terenie gospodarstwa naszego pradziadka...

Faktycznie. Patricia Ćmielewski opisuje w swojej pracy, między innymi, historię tego rodu, pochodzącego z Wielkopolski. Pradziadek Pana Aleksandra, Wawrzyniec Olejnik, ufundował w Chotowie kolumnową rzeźbę, którą na jego zamówienie wykonał Paweł Bryliński. W roku 1849 rzeźba stanęła na rozstaju dróg w pobliżu gospodarstwa Olejników. Pan Aleksander Ćmielewski, doskonale znany w naszym adelajdzkim środowisku, jako młody chłopak, spędzał w tym gospodarstwie wakacje wraz ze swoimi kuzynami. I doskonale oni wszyscy pamiętają ciężką rękę dziadka Ignacego, który potrafił przyłożyć, gdy dzieci nie zatrzymały się pod tą figurą i nie zdjęły czapek z głów. Patricia Ćmielewski dodaje też we wstępie do swojej książki, że niektóre zwyczaje wioskowe związane z tą rzeźbą w kształcie wysokiego filara przetrwały do czasów współczesnych. I jeszcze jedno, bardzo ważne w dziejach tego rodu: babcia pana Aleksandra, Marianna z domu Szymczak, była wnuczką Pawła Brylińskiego!

I takie właśnie dzieje opowiedziane przez matkę pana Aleksandra natchnęły Patricię do poszukiwań.

— Oboje jeździliśmy po Wielkopolsce, bo żona zakochała się w pracach Brylińskiego i szukała ich wszędzie. Gdy przyjechaliśmy do Australii, pomyślała, że może to być temat jej pracy uniwersyteckiej. I tę propozycję przyjęto! Dokumentów w języku angielskim było naprawdę mało. Żona napracowała się bardzo solidnie, tytuł naukowy osiągnęła, a pracę – jak to zwykle bywa – schowała do szuflady. To dzieci namówiły matkę do jej publikacji. Może ona ułatwić pracę kolejnym badaczom, którzy będą zainteresowani twórczością polskich artystów ludowych? Dlatego tę książkę wysyłamy do Polski, do USA, znajdzie ona swoje miejsce także w muzeum australijskim. Proszę sobie wyobrazić, że na przykład moja siostra specjalnie się tą tematyką nie interesowała, ale jej syn i synowa, już tak! Patricia zauważyła, że ta kolumna wyrzeźbiona przez Pawła Brylińskiego w połowie XIX wieku, chyli się ku upadkowi. — Jeszcze jedna zima — rozpaczała — nic po niej nie zostanie. Więc pod koniec naszego pobytu w Polsce założyłem komitet ratowania słupa. Wkrótce wyjechaliśmy do Australii, ale członkowie komitetu wszystkie dobrze zachowane fragmenty rzeźby-słupa przenieśli do kościoła w Gostyczynie, a kopię postawili na oryginalnym miejscu.

— Niektóre dzieła sztuki mają wielki wpływ na historię — powiedziała podczas spotkania Nicola Downer. — Te najważniejsze znajdują się w galeriach Paryża, Londynu, Sydney, Adelaide, Canberry... Ale to co prezentuje Paweł Bryliński, to nie ten rodzaj twórczości. To dzieło specyficzne z XIX wieku. Jak pisze Patricia, Paweł Bryliński jeździł po Polsce i otrzymywał zamówienia na swoje rzeźby religijne. Swoją książką Patricia przekazała wielkie wartości tym wszystkim, którzy zainteresowani są twórczością polskiego rzeźbiarza ludowego, ale nie znają już języka polskiego. Gratulacje!

— To był naprawdę dobry pomysł, by połączyć wystawę polskich artystów w Adelaide z prezentacją książki Patrici Ćmielewskiej — mówi Krystyna Misiak z Komitetu Organizacyjnego 150-lecia Polskiego Osadnictwa w Południowej Australii. I dodaje, że na tej wystawie jest jeszcze jedna ciekawostka: to książka z 1630 roku! Specjalnie na otwarcie tej wystawy przyniósł ją Paweł Kopetz, bo to jego własność. Licząca sobie 400 lat, jest bezcenna. Napisana pięknym staropolskim językiem, dedykowana przez fundatora księcia Krzysztofa Radziwiłła królowi polskiemu Władysławowi Zygmuntowi IV Wazie.

— To najstarsza polska książka na południowej półkuli — zapewnia z dumą Paweł Kopetz. — Ja lubię książki, a książki lubią mnie — śmieje się. — Dlatego mam wspaniałą, największą polską bibliotekę w Australii, a w niej kilka tysięcy książek i czasopism, także sprzed wieków.

Swoją książkę o historii teatru Ottoway prezentowali w tym dniu także Teresa i Bronek Wilkansowie.

— Cieszę się, że tu jestem, bo to wspaniała okazja, żeby nie tylko zobaczyć dzieła naszych twórców, ale przede wszystkim spotkać się z przyjaciółmi — zapewniał Stanisław Turek, który przybył na tę wystawę wraz ze świeżo poślubioną żoną – Haliną.

— Zobaczyłam kawałek Polski, poznałam mnóstwo ciekawych osób, świetną sztukę... Oby takich wystaw było jak najwięcej — życzy sobie Krystyna Krupska.

Krysia Andrecki, choć bardzo zadowolona, że mogła zaprezentować swoje prace, uważa jednak, że i sala i ilość obrazów powinna być znacznie większa. — W Adelaide jest tylu artystów! — mówi. — Na Dożynki zbierałam po 130 prac. Gdzieś się nasi artyści pochowali. Ale są na pewno! Malują, rzeźbią... Gdy tylko wrócę z Europy, gdzie się właśnie wybieram, spróbuję skrzyknąć nas wszystkich i zorganizujemy naprawdę dużą wystawę w galerii, by wyciągnąć wszystkich naszych twórców z tych kącików, w których się pochowali. A jest nas co najmniej trzydziestu!

Ten pomysł Pani Andreckiej przypadł artystom do gustu. Cieszą się na nią również ci, których prac tym razem zabrakło – Lidia Groblicka, Adam Opala i inni.

— 2006 rok jest rokiem Polonii w Południowej Australii — powiedział dr Andy Czechowicz, który stoi na czele komitetu organizacyjnego tych obchodów. — Chciałbym przy tej okazji poinformować, że już 17 sierpnia br. arcybiskup Philip Wilson odprawi uroczyste nabożeństwo w Katedrze Adelajdzkiej pod wezwaniem St Francis Xavier's. Spotkamy się także 20 sierpnia. 8 października naszym gościem będzie przewodniczący polskiego Senatu, którego powitamy w Polish Hill River na nabożeństwie i tradycyjnym pikniku. Bardzo mi zależy, by uczestniczyło w tych uroczystościach jak najwięcej osób. W październiku i grudniu – kolejne wystawy i koncerty, w których brać będą udział nasi polscy artyści. Serdecznie zapraszam...

— To było 150 lat temu. Nasi przodkowie przyjechali do Południowej Australii w styczniu. W Polsce zostawili mróz, a tu „powitało” ich 40 stopni w cieniu — snuje swoją opowieść Zygmunt Pawlak, wielce zasłużony społecznik, który wraz z wieloma innymi mieszkańcami Adelaide ratował Polish Hill River przed ruiną i zapomnieniem. — Mieli oni widocznie trochę pieniędzy, kupili konie i wozy i jechali w ten skwar do Seven Hills. Nie było wtedy bitych dróg. Przebyli 130 kilometrów. To była mordęga po sześciomiesięcznej podróży okrętem... Uczcijmy Ich pamięć...


Lidia Mikołajewska


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011