Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Niech żyje prowincja!

kwiecień 2008

Panie z recepcji ledwie nadążały z wypisywaniem kwitów, a potencjalni nabywcy stali grzecznie w kolejce. W kolejce po sztukę!


W dniach 19 – 24 marca tego roku, w miejscowości Ardrossan na Yorke Peninsula odbyło się tegoroczne biennale sztuki wizualnej „Yorke Peninsula Art Exhibition”. Impreza ta ma już prawie dziesięcioletnią tradycję, bowiem pierwsza wystawa z tego cyklu zorganizowana była w roku 1999 i od roku 2002 odbywa się regularnie co dwa lata.

Przed salą wystawową. Od lewej:
Basia Górawska, Tomek Herburt, Ania Herburt i niżej podpisany

Na chwilę przed ogłoszeniem listy nagrodzonych

Basia Górawska na tle jednego ze swoich obrazów i Wiesiek Wajs

Fragment ekspozycji. W górnym rzędzie, drugi od lewej, jeden z moich obrazów

W roku 2006 brałem udział w tej imprezie pokazując tam obraz pt. „Opowieść o samotnym, zagubionym osiołku” i ku mej radości zostałem uhonorowany „Major Prize” – główną nagrodą w kategorii „Open” w wysokości 2000 dolarow, ufundowaną przez „John Webb & Associates Pty Ltd”. Niestety nie mogłem być wtedy na wernisażu, więc tym bardziej chciałem się tam wybrać w tym roku, powodowany ciekawością obejrzenia swoich prac (tym razem były to cztery obrazy), w konfrontacji z innymi dziełami. Chciałem się także przekonać jak też wygląda organizacja takiej wystawy „na prowincji”. Ardrossan jest niedużą, liczącą prawie jedenaście tysięcy mieszkańców, miejscowościa. Leży na wschodnim wybrzeżu półwyspu Yorke, nad zatoką St. Vincent i niczym spejalnym się nie wyróżnia. Miałem jednak pewien problem z dojechaniem na miejsce. Z Adelajdy do Ardrossan jest ponad 150 km, a mój wysłużony Ford Telstar ma już 27 lat i nie bardzo nadaje się na takie eskapady. Ale od czegoż są przyjaciele? Zgadałem się z Wieśkiem Wajsem i Basią Górawską, która wystawiała tam dwa obrazy. Od razu zaproponowali zabranie mnie ze sobą bo okazało się, że wybierają się na „Opening Night” – otwarcie wystawy, które zaplanowano na 19 marca o godzinie ósmej wieczorem.

Trafiliśmy tego dnia na pogodę iście wycieczkową. Było słonecznie i w miarę ciepło więc postanowiliśmy wyruszyć już przed południem, żeby poszwendać się trochę po półwyspie. Dołączyła do nas jeszcze Ania Herburt i jej syn, Tomek. Wiesiek odpalił swojego eleganckiego Commodora i ruszyliśmy w drogę. Miło było oderwać się od monotonii codziennych obowiązków i nie spiesząc się jechać po prostu przed siebie. Odwiedziliśmy parę miejscowości na wschodnim i zachodnim brzegu półwyspu, w jakimś pięknym parku zjedliśmy zabrany na lunch prowiant i tuż po piątej wylądowaliśmy w Ardrossan. Bez trudu odnaleźliśmy budynek w którym urządzono ekspozycję obrazów, ale okazało się, że publiczność będzie wpuszczana na salę dopiero o 7.30 i wcześniej nie można wystawy obejrzeć. Wykorzystaliśmy ten czas na zwiedzenie miejscowości, która sprawiała wrażenie niezamieszkałej. Zajęło to nam niecałą godzinę i po drodze nie spotkaliśmy nawet przysłowiowej „żywej duszy” a mijające nas samochody można było zliczyć na palcach jednej ręki. Prawdę mówiąc ogarnęły mnie wtedy wątpliwości co do sensu brania udziału w wystawie organizowanej w takiej „pipidówce”. Po drodze zjedliśmy jeszcze smaczną, tańszą niż w Adelajdzie, rybę z frytkami i udaliśmy się na wernisaż. Nie wiem jak moi towarzysze, ale ja nie spodziewałem się specjalnych rewelacji. Ileż obrazów mogli zgromadzić organizatorzy? Ilu ludzi może przyjść na otwarcie w takiej mieścinie?

Jednak już przy wejściu czekała nas miła niespodzianka. W głębi widać było spory tłum zwiedzających a z katalogu – kupionego za symboliczną „gold coin” – wynikało, że wystawa zawiera 594 eksponaty! Tak, tak, moi mili czytelnicy, to nie pomyłka, pięćset dziewiędziesiąt cztery! Mam spore doświadczenie w wystawiennictwie i, proszę mi wierzyć, to jest naprawdę dużo. Wystawy w prestiżowym Royal South Australian Society of Arts, do którego – wraz z gronem kilku innych artystek i artystów polskich – mam zaszczyt należeć, gromadzą zazwyczaj około osiemdziesięciu prac i rzadko przekraczają tę liczbę. Przy okazji warto tu wspomnieć, że na tegorocznej wystawie „Associate Members” w RSASA, pod tytułem „INSPIRATION”, Basia Górawska zdobyła nagrodę „Endowment Award” w wysokości 500 dolarów. Gratulujemy!

Jako się rzekło byliśmy mile zaskoczeni ogromem tej „prowincjonalnej” ekspozycji. Okazało się, że niewielki Ardrossan może w niektórych dokonaniach prześcignąć wielkomiejską Adelajdę. Co prawda na corocznych „The Freemasons Art Exhibition” udawało się czasem zgromadzić około 400 prac, ale adelajdzka loża masońska dysponuje na pewno większymi środkami oraz okazałym budynkiem przy North Terrace, no i to było „tylko” 400 a nie prawie 600 eksponatów. Poza tym nie w samej ilości prac leży istota sprawy, bo można się oczywiście przyczepiać, że ich poziom był różny i zdarzały się wśród nich ewidentne kicze, które zresztą można spotkać na każdej wystawie.

Zacznijmy od organizacji, która była naprawde mocną stroną „Yorke Peninsula Art Exhibition”. Artyści z Adelajdy nie musieli wysyłać ani zawozić prac na wystawę, co często zniechęca wielu z nas do wzięcia udziału. Dostarczyliśmy, jak co roku, obrazy do firmy „Wheare’s Transport” w Regency Park a po wystawie mogliśmy je tam odebrać, oczywiście z wyjątkiem prac sprzedanych. I tutaj mamy następną, bardzo miłą dla autorów prac okoliczność. Tłumnie zgromadzona publiczność, po oficjalnym otwarciu wystawy i ogłoszeniu decyzji jury w sprawie przynanych nagród, po prostu rzuciła się do kupowania obrazów. To był naprawdę budujący i nie często spotykany widok. Panie z recepcji ledwie nadążały z wypisywaniem kwitów, a potencjalni nabywcy stali grzecznie w kolejce. W kolejce po sztukę! Niebywałe! Okazało sie później, że kupowano nie tylko na otwarciu, ale także w czasie trwania ekspozycji i mam tego namacalny dowód. Kiedy odbierałem swoje prace po zakończeniu wystawy okazało się, że dwie zostały sprzedane. Jakże miło mieć świadomość, że komuś podoba się to co robimy i gotów jest za to zapłacić. W Adelajdzie zdarza się to niestety dość rzadko. Niech żyje prowincja!

Nie mam jeszcze danych z ostaniej wystawy, ale dwa lata temu – kiedy eksponowano „tylko” 366 dzieł – łączna sprzedaż zamknęła się liczbą $34,026 ! Która z naszych miejskich galerii może się pochwalić podobnymi wynikami? A nagrody? W tej materii organizatorzy też stanęli na wysokości zadania. Przyznano 16 nagród w różnych kategoriach na łączną sumę $8,075. Główną nagrodę w kategorii „Open”, w wysokości $2000, zdobył Tom O’Callaghan za bardzo ciekawy obraz pt. „Fertile Plains” (nr kat. 410)

To jeszcze nie wszystko za co należy się Ardrossan’owi plus. W jednej z sal zorganizowano wystawę prac dzieci z okolicznych szkół. Pobliczność mogła głosować na najlepszą pracę z tej towarzyszącej ekpozycji. Były też nagrody dla nauczycieli prowadzących zajęcia plastyczne. Atmosfera na wernisażu była naprawdę znakomita. Elegancko i nierzadko wieczorowo ubrana publiczność, w liczbie ponad dwustu osób, mogła sie dobrze bawić kontemplując wystawione dzieła, przy dyskretnym akompaniamencie muzyki smyczkowej, wykonywanej przez kilkuosobowy zespół sympatycznych nastolatek. Zadbano nie tylko o strawę duchową. Częstowani byliśmy bez ograniczeń różnymi napojami orzeźwiającymi, winem i szampanem oraz serwowanymi przez młodzież różnymi smakowitymi przekąskami. „I ja tam byłem, miód i wino piłem” i za dwa lata wybiorę się tam na pewno, do czego serdecznie namawiam wszystkich którzy nas czytają. Przyjedźcie, zobaczcie, a nie pożałujecie.


Grzegorz Koterski


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011