Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Piórem, Pędzlem i...

Kultura śpiewana, czyli CANTORES Adelaide

Panorama, styczeń 2005

Jestem jednym z tych, którzy śpiewają w chórze Cantores Adelaide ponad dziesięć lat.


Nie tylko ja. W chórze jest wciąż kilka osób, które prześpiewało w nim tyle samo lat co ja. A niektórzy mniej, jak moja żona Alicja, która przez osiem lat uczestniczyła w naszej śpiewanej przygodzie.

W związku z naszym ostatnim koncertem kolęd w Domu Polskim 12 grudnia 2004 roku chciałbym krótko podsumować naszą działalność w polskim, i nie tylko polskim, środowisku w Adelajdzie.



Początków chóru należy szukać w „zamierzchłych” czasach końca XX wieku.

Czasu narodzin i raczkowania historycy nie zanotowali. Znane jest jedynie miejsce narodzin – przy polskim kościele na Unley. Nie nadano wtedy chórowi imienia. Tam też były pierwsze publiczne występy na mszach świętych i uroczystościach kościelnych prawdopodobnie w 1991 roku.

Pierwszym kierownikiem muzycznym był ówczesny organista kościelny pan Duchowski. Był nim krótko. Po jego rezygnacji prowadzenia zespołu podjął się Ireneusz Lasocki (zwany dalej Irkiem). Pod jego kierunkiem zespół szybko przekroczył liczbę dwudziestu osób. Robił błyskawiczne postępy w ilości i jakości prezentacji oraz aranżacji utworów. To ogromna zasługa Irka. Niewątpliwą i niepodważalną siłą w tym postępie było jego pedagogiczne doświadczenie i zaangażowanie.

Zespołu nie ominęły rozmaite zawieruchy. Z przyczyn nigdy nie ujawnionych odebrano nam możliwość ćwiczeń i prób w kościele. Wtedy zaleźliśmy tymczasowe schronienie w kościele w Brighton, później w Domu Polskim.

Polacy jednoczą się skutecznie w czasie zagrożeń, tak było i tym razem. Zespół wzrósł do 35 entuzjastów, a śpiewane przez nich pieśni brzmiały wspaniale.

Pierwszy i chyba najbardziej udany koncert odbył się w kościele w Brighton. Słuchaczy było blisko 500, nie tylko przedstawicieli Polonii.

Koncert – na szczęście – został dobrze nagrany i do dziś nie mamy powodów wstydzić się ani wykonania, ani długich serdecznych braw na stojąco i opinii wyrażanych na gorąco. Śpiewaliśmy w wielu miejscach, kilkakrotnie w katedrze, potem znów w kościele na Unley, gdzie ksiądz Migacz „odwołał klątwę”.

Zachęcony sukcesem pierwszego koncertu przygotowaliśmy wielki koncert kolęd w Domu Polskim. Praktycznie wszystko, co wówczas zaprezentowano, było bardzo dobre. Jednak prawie pięciogodzinny koncert zamęczył i zdziesiątkował półtysięczną publiczność. Negatywna recenzja opublikowana w polskiej prasie przybiła Irka, a nam odebrała całą radość z występu.

Na kolejny doroczny koncert przyszło mniej słuchaczy. Wtedy na scenie zabrakło jednej z najmłodszych koleżanek w chórze. W przeddzień koncertu, pełna radości życia Ela, została zamordowana. Tydzień później śpiewaliśmy na cmentarzu pieśni pogrzebowe.

W następnych latach chór zaczął się stopniowo kurczyć, choć panowała bardzo dobra atmosfera towarzyska i twórcza. Trzy lata temu do naszego dorobku dopisaliśmy nasz znaczący udział w nagrodzonych sztukach teatralnych reżyserowanych przez księdza Mariana Szablewskiego.

Ostatni nasz koncert był spełnieniem marzeń Irka o wielkiej międzynarodowej przezentacji sztuki. Słuchało nas kilkaset osób. Wśród nich było wielu spoza kręgu rodzinnego wykonawców. Na scenie śpiewało pięćdziesięciu chórzystów.

Tym razem czas trwania koncertu zmniejszono o połowę, do 2 godzin i 45 minut. I o to chodziło!

Jednak moim zdaniem należałoby rozdzielić kolędy od innych prezentacji. Kolędy śpiewać tam, gdzie ich miejsce – w kościołach. Zaś na wielki koncert innej twórczości można by znaleźć bardziej odpowiednie miejsce i czas w kalendarzu.

Przez wszystkie lata swojego istnienia Cantores zaśpiewał 90 pieśni. Przez rodzinę Cantores przewinęło się sześćdziesięciu wykonawców.

Panie, które śpiewały u nas przez dziesięć lat, odmłodniały o pięć lat.

A teraz uwaga! Uprasza się społeczność polską, by przeszukała fotele przed telewizorami, warsztaty w garażach i inne kąty w domu, w poszukiwaniu mężów, braci, szwagrów, synów i wnuków, jako że są chórowi niezmiernie potrzebni. Nie ma obaw, odmłodzone Cantoreski krzywdy im nie zrobią!

Był taki czas, gdy słuchacze zauważali, iż śpiewamy z sercem. Teraz, choć nie zawsze, trochę lepiej technicznie. Potrzeba dodatkowych serc. Każdy głos Irek potrafi doszlifować i dostroić.

Dziękuję za uwagę, obecność na koncercie i życzliwe komentarze.


Jan Raubiszko


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011