Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Portrety z duszą

marzec 2008

Rozmowa Grzegorza Koterskiego z wybitną adelajdzką portrecistką Krystą de Bué


UWAGA!!! Szukamy skradzionego przed laty obrazu Krysty de Bué! To portret śpiewaczki Lorny Zhulan. Apelujemy do osoby która „pożyczyła” go sobie w Centralnym Domu Polskim bez wiedzy autorki (podczas POL-ART’u 1999/2000, który odbywał się wówczas w Adelajdzie), o jego zwrot. Prosimy też naszych czytelników o pomoc w odnalezieniu tego portretu.

Ktokolwiek widział ten obraz, ktokolwiek wie cokolwiek na ten temat, proszony jest o wiadomość na adres . Wszyscy informatorzy pozostaną anonimowi. Krysta de Bué obiecuje znalazcy namalowanie jego portretu. Oczywiście pod warunkiem, że będzie jej cierpliwie pozować.

Krystę znam od kilku lat. Spotykamy się co miesiąc na zebraniach „Australian Polish Art Society” i uczestniczymy w wystawach organizowanych przez to Towarzystwo. Należymy też – wraz z gronem kilku innych artystek i artystów polskich – do Royal South Australian Society of Arts.

Już dawno chciałem porozmawiać z Krystą o jej twórczości. Fascynowały mnie jej pastelowe portrety rysowane lekką, wrażliwą kreską, malowane jakby od niechcenia, mówiące do widza szeptem, ale genialnie oddające charakter i duszę modela. Wszystko jedno czy przedstawiają piękną kobietę, dojrzałego mężczyznę, dziecko czy psa, czuje się emanującą z obrazu prawdę.

Krysta de Bué

Eryka - najnowszy portret Krysty de Bué

Przed wizytą, w czasie której mieliśmy porozmawiać o jej twórczości, poprosiłem o trochę „dowodów rzeczowych” żeby przygotować się do tej rozmowy. Krysta wręczyła mi pokaźną teczkę materiałów biograficznych zaznaczając, że to tylko część, bo nie wszystko mogła tak od razu odnaleźć. Zabrałem się do lektury i na wstępie uderzyło mnie, że artystka o tak dużym i wartościowym dorobku posługuje się w swojej działalności wystawienniczej tak skromną i lapidarną notką biograficzną. Po przetłumaczeniu z angielskiego wygląda to mniej więcej tak:

„Urodzona w Bydgoszczy. Do Australii wyemigrowała po ukończeniu Liceum Sztuk Plastycznych w Szczecinie. Studiowała sztukę portretu u Ingrid Erns. W roku 1970 została przyjęta do Adelaide Art Society oraz do Royal South Australian Society of Arts, gdzie od roku 1983 jest „A Fellow of RSASA”

W roku 1974 oraz 1976 zdobyła „The Annual Prize of RSASA”

Wystawiała w wielu profesjonalnych Galeriach Sztuki oraz na różnych wystawach zbiorowych w Australii Południowej. Jako zaproszona artystka brała wielokrotnie udział w „The Selected Artist Section of Advertiser Art Exhibition” at Festival Centre.

Skromność jest cechą bardzo chwalebną, ale muszę tu stwierdzić, nie bacząc na to, że wrzucam kamień do własnego ogródka, iż artyści nie zawsze odznaczają się tą zaletą. Zdarza się, że stopień samochwalstwa niektórych twórców jest odwrotnie proporcjonalny do ich artystycznych osiągnięć. W wypadku Krysty de Bué jej dorobek na pewno predystynuje ją do pełniejszego zaprezentowania się szerokiej publiczności, więc udałem się do jej domu w Queenstown z mocnym postanowieniem zdobycia jak największej ilości informacji.

Pierwsze pół godziny mija nam na oglądaniu obrazów, które są dosłownie wszędzie. Wiszą na ścianach podwieszone do specjalnej szyny umocowanej pod sufitem, stoją oparte pod ścianami, tłoczą się pomiędzy meblami. – „Przydałoby się jakieś większe studio” – wzdycha Krysta. Kiwam ze zrozumieniem głową. Znam ten ból, mam ten sam problem.

Ta Twoja notka biograficzna – zwracam się do Krysty – jest tak lakoniczna, że już krótsza być nie może. Urodziłaś się w Bydgoszczy, z domu nazywałaś się Grzegdala, ukończyłaś Liceum Sztuk Plastycznych w Szczecinie i szast prast znalazłaś się na antypodach. Może dodamy trochę kolorów do tego telegraficznego skrótu. Parę lat temu w naszej „Panoramie” ukazał się wywiad, który przeprowadziła z tobą Jadwiga Korczyńska. Wyczytałem tam, ze twoja matka była bardzo uzdolniona plastycznie. Czy to z jej inspiracji znalazłaś się w Liceum Plastycznym? Jak to było?

Krysta de Bué i jej obrazy

– Moja matka spędziła dzieciństwo w Berlinie i rzeczywiście przejawiała zdolności plastyczne. W szkole otrzymała specjalne stypendium, które umożliwiło jej uczęszczanie do wieczorowych klas o kierunku plastycznym. Rodzice nie bardzo popierali te zainteresowania i zdecydowali, żeby uczyła się krawiectwa. Ja z kolei, mimo że bardzo lubiłam szkicować (pierwsze rysunki robiłam na książkach ojca, który nie był tym zachwycony), to później wcale nie myślałam o liceum plastycznym. Po zdaniu małej matury chciałam iść do pracy u fotografa, ale po powrocie z wakacji dowiedziałam się, że matka zapisała mnie do Liceum Sztuk Plastycznych.

No dobrze, ukończyłaś to Liceum Plastyczne w 1953 roku i co dalej? Wsiadłaś na statek i popłynęłaś po prostu do Australii?

– Nooo, nie tak od razu. Znalazłam się tutaj dopiero za pięć lat, czyli w roku 1959.

Ale skąd taki pomysł? Dlaczego postanowiłaś emigrować? Zakochałaś się nagle w Australii?

– Nie chciałabym o tym opowiadać, bo to sprawa osobista i bardzo trudna dla mnie. Zakochałam się, ale nie w Australii, to przyszło później. Nie potrafiłam sobie po prostu poradzić z pewną życiową sytuacją, z pewną znajomością. Bardzo mnie to męczyło i w końcu stwierdziłam, że jedynym wyjściem z tej sytuacji jest ucieczka od tego wszystkiego. Daleko i raz na zawsze.

Taki „one way ticket”?

– Tak, ale naprawdę nie mówmy już o tym więcej. A co do Australii to dziwnym zbiegiem okoliczności, zanim zdecydowałam się emigrować, zaczęłam robić ilustracje do „Kuriera Szczecińskiego” i pierwszym moim zadaniem było wykonanie rysunków o tubylcach australijskich.

Może to Australia puszczała do ciebie oczko? Znalazłaś się więc w tutaj w roku 1959 i tak rozpoczęła się twoja przygoda ze sztuką.

Eryk

– Oj nie, na początku nie było tak różowo. Byłam trochę zagubiona w tej zupełnie nowej rzeczywistości. Nie miałam kontaktu ze środowiskiem artystycznym, ale stale szkicowałam i malowałam „do szuflady”. W roku 1961 wyszłam za mąż co dało mi pewną życiową stabilizację, ale przysporzyło wielu obowiązków domowych, zwłaszcza po przyjściu na świat naszego syna Eryka...

... którego portret wisi tu przede mną na ścianie. Ten nieduży, olejny obrazek odegrał dość ważną rolę w twojej karierze artystycznej, ale o tym za chwilę. Twój mąż, o ile wiem, jest Holendrem pochodzenia francuskiego i stąd twoje nietypowe nazwisko. Wyjaśnijmy przy okazji jak to się prawidłowo wymawia, bo słyszałem kilka interpretacji i sam mam wątpliwości.

– Trudno to będzie zapisać fonetycznie, ale spróbuj: „Krysta de Bué”.

Tak jak to słyszę to należy akcentować ostatnie „e”, a „u” wymawiać trochę jak „i”. Musisz się chyba częściej przedstawiać pełnym nazwiskiem, żeby prawidłowa wymowa się utrwaliła.

– Postaram się jak tylko będę miała okazję.

No dobrze, jedźmy dalej. Pochłonęło cię życie rodzinne, a co ze sprawami artystycznymi?

– Starałam się łączyć zajęcia domowe i obowiązki rodzinne ze szkicowaniem i malowaniem, ale czułam pewien niedosyt i bałam się, że mogę przestać rozwijać się dalej. Po jakimś czasie, było to chyba w roku 1967, zobaczyłam prace Ingrid Ernst, która prowadziła studio malowania pastelami. Bardzo mi się jej malarstwo podobało więc poszłam do niej ze swoimi szkicami. Postanowiła mnie przyjąć, ale musiałam jakiś czas poczekać aż będzie wolne miejsce na kursie. Wzięłam się ostro do opanowania techniki pastelowej i po trzech miesiącach studiowania Ingrid oznajmiła mi, że nie ma potrzeby dalszej nauki w tej dziedzinie, bo wyrobiłam już sobie swój własny styl i kopiowanie jej byłoby dla mnie niewskazane. Zaproponowała mi naukę innych technik, np. malarstwa olejnego, więc chodziłam do niej jeszcze przez dwa lata. To właśnie Ingrid namówiła mnie żeby starać się o przyjęcie do Royal South Australian Society of Arts. Pokazałam tam olejny portret mojego syna, Eryka. Spodobał się i zostałam przyjęta.

To właśnie ten obrazek, który tu ciągle wisi. W którym roku to było?

– Chwileczkę, Eryk na tym portrecie ma pięć lat, urodził się w roku 1965, więc był to rok 1970.

„The Honeymooners”

Autoportret

Przynależność do RSASA jest, jak wiadomo, trzystopniowa. Wielokrotnie tam wystawiałaś, a w roku 1974 oraz 76 zdobyłaś doroczne nagrody, czyli „The Annual Prize of RSASA” i przeszłaś wszystkie stopnie wtajemniczenia; „Lay Member” i „Associate” a już od roku 1983 jesteś „A Fellow of RSASA”. Pamiętasz jak się czułaś w roku 1974 otrzymując pierwszy raz nagrodę?

– Ach, nie zapomnę tego nigdy. Była to moja pierwsza profesjonalna nagroda, a poza tym wiąże się z nią dość ciekawa i trochę humorystyczna historia. W czasie montażu wystawy na której przyznano mi nagrodę wpadłam na chwilę do RSASA, bo miałam coś do załatwienia w sekretariacie. Przy okazji chciałam zajrzeć do sali wystawowej, ale mnie z niej grzecznie, ale stanowczo wyproszono. Wyszłam rozżalona, nie rozumiejąc o co chodzi. Na drugi dzień, w czasie otwarcia wystawy okazało się, że zdobyłam nagrodę w wysokości 50 dolarów za rysunek „The Honeymooners” i chodziło o to żebym wcześniej nie poznała wyników. Następnego dnia spóźniłam się trochę na otwarcie i fotograf, który robił nagrodzonym zdjęcia do gazety, poszedł już do domu. Poproszono mnie żebym zrobiła swój autoportret zamiast zdjęcia. Narysowałam siebie dosłownie z dnia na dzień.

To naprawdę fajna historia, zamieszczamy obok obydwa te rysunki, ale tak sobie myślę, że 50 dolarów to chyba trochę mało jak na taką prestiżową nagrodę?

– Oj nie! W tych czasach to było sporo pieniędzy, zresztą nie o to chodziło. Cieszyłam sie, że w towarzystwie wielu znanych i cenionych artystów nagroda przypadła właśnie mnie. Poza tym nabrałam większej pewności siebie i ochoty do pracy.

A kiedy i gdzie miałaś swoją pierwszą indywidualna wystawę?

– Pierwszą taką wystawę miałam w 1979 roku w Lombard Street Gallery gdzie pokazałam głównie studia psów. Niedługo potem, w roku 1981, miałam wystawę indywidualną w ”Glenelg Art Suplllies & Studios”, 31 Hastings Street.

Oglądam pożółkły wycinek z gazety „Guardian” z 1981 roku. Ze zdjęcia uśmiecha się Krysta trzymająca jeden ze swoich obrazów, a ja pytam: Co tam wtedy pokazałaś, co aktualnie robiłaś? Z twojego zdjęcia emanuje dobre samopoczucie i wiara w siebie. Był to chyba dobry okres dla ciebie.

– Tak, bardzo dużo wtedy pracowałam i na wystawie mogłam pokazać ponad 60 moich prac o różnej tematyce, wykonanych różnymi technikami. Przeważały pastelowe portrety, ale były też prace olejne, rysunki i sporo akwarel z widokami z Rundle Mall. Robiłam też sporo pejzaży, malowałam kwiaty i bardzo lubiłam szkicować zwierzęta, zwłaszcza psy.

Mówisz to wszystko w czasie przeszłym, a przecież nic się nie zmieniło. Dalej jesteś w pełni sił twórczych i pracujesz w kręgu tych samych zainteresowań.

– Tak, oczywiście, ale chciałabym tu jeszcze wspomnieć, że w okresie tej pierwszej wystawy właśnie nastąpiło duże zainteresowanie moimi szkicami psów. Już przedtem często rysowałam zwierzęta na dorocznych Royal Show’s i w końcu doszło do tego, że „Cannine Association” zwróciło się do mnie z propozycją robienia psich portretów. Właściciele psów, zrzeszeni w tym towarzystwie byli bardzo zainteresowani i zrobiłam sporo takich studiów.

To chyba jest bardzo trudne, przecież nie tak łatwo zmusić psa żeby nie ruszał się i pozował.

– Zdziwił byś się gdybyś zobaczył te psy w czasie portretowania. To były przeważnie czempiony obsypane medalami i przyzwyczajone do różnych pokazów. Pod czujnym okiem swoich właścicieli potrafiły bardzo długo wytrzymać bez ruchu. Pamiętam jednego starego, bardzo schorowanego psa, który zachęcony przez właściciela potrafił siedzieć nieruchomo z dumnie uniesioną głową. Bardzo lubię rysować psy, pasjonuję się tym na równi z portretowaniem ludzi.

Model

i jego portret

Gdy już o tym mówimy to muszę ci wyznać, że patrząc na twoje portrety zawsze odczuwam satysfakcję obcowania z pięknem i profesjonalnie wykonaną robotą, ale satysfakcję pomieszaną – co tu ukrywać – ze sporą dozą zawodowej zazdrości. Też jestem profesjonalistą i dobrze wiem jak trudno jest zrobić dobry portret. Ile razy trafiało mi się takie zamówienie tyle razy prawie to odchorowałem i – jeśli tylko było to możliwe – starałem się robić portret ze zdjęć, a nie z natury.

– A ja lubię to robić tylko z modela. Poza tym muszę czuć jakieś porozumienie z portretowaną osobą. Po angielsku nazywają to „rapport” (słownik tłumaczy to jako „a sympathetic or harmonius relationship” – przypisek G.K.) i dlatego wolę malować na dwóch, trzech posiedzeniach, żeby delikwent się oswoił. Wtedy też łatwiej wydobyć charakter modela, jakby jego duszę. Czasem robię zdjęcia, ale spełniają one tylko pomocniczą rolę, służąc do opracowania i wykończenia detali.

I tu, jako przykład dobrej roboty umieszczamy portret mężczyzny grającego na gitarze a obok jego zdjęcie w innej pozie. Zwracają uwagę bardzo dobrze opracowane dłonie. Oboje wiemy, że nie jest to łatwa sprawa i często sprawiająca artystom więcej kłopotów niż twarz.

– Tak, dłonie są trudne i czasem trzeba zrobić kilka szkiców, żeby dobrze uchwycić proporcje i ruch.

Dłonie są zawsze mocną stroną twoich portretów, zresztą słabych punktów trudno się w nich dopatrzyć. Twoje portrety cieszą się dużym i zasłużonym uznaniem. Jako anegdotyczne potwierdzenie tego uznania można przytoczyć przykrą przygodę jaka przydarzyła ci się w czasie POL-ART’u 1999/2000, który odbywał się w Adelajdzie. Jakiś anonimowy wielbiciel twojego talentu ukradł twój obraz z wystawy w Domu Polskim.

– Tak, to była przykra historia i wolałabym żeby ten „wielbiciel” okazał w inny sposób swoje zainteresowanie sztuką. Skradziony obraz to był portret śpiewaczki Lorny Zhulan. Bardzo go lubiłam a modelce też się podobał i po wystawie zamierzała go kupić. Niestety obrazu nigdy nie znaleziono.

Na wstępie naszej rozmowy zamieściliśmy reprodukcję tego obrazu. Apelujemy do osoby która „pożyczyła” go sobie bez wiedzy autorki, o jego zwrot. Prosimy też naszych czytelników o pomoc w odnalezieniu tego portretu. Ktokolwiek widział ten obraz, ktokolwiek wie cokolwiek na ten temat proszony jest o wiadomość na mój adres . Zaręczam, że wszyscy informatorzy pozostaną anonimowi.

– A ja obiecuję, że namaluję portret tej osoby która spowoduje, że skradziony obraz do mnie wróci. Oczywiście pod warunkiem, że będzie mi cierpliwie pozować.

Lorna Zhulan

Myślałem, że już o wszystkim porozmawialiśmy a tu jeszcze natknąłem się na mały katalog z wystawy „open-air art exhibiton” organizowanej wielokrotnie przez gazetę „The Advertiser”. Ten katalog jest z 1984 roku i zawiera między innymi zdjęcie portretu pt „The Lady Who Sings in the Mall”. Reprodukcja jest niestety czarno- biala. Nie masz jakiegoś kolorowego zdjęcia?

– Oczywiście, że mam. Proszę bardzo. W wystawach “Advertiser’a” brałam kilka razy udział i przeważnie jako specjalnie zaproszona artystka.

To bardzo piękny obraz, ale powiedz skąd taki oryginalny tytuł?

– To też jest portret Lorny Zhulan. To bardzo ciekawa postać. Jej rodzice byli misjonarzami w Chinach, gdzie młoda Lorna się wychowywała. Była śpiewaczką operową, śpiewała też gospels, a w każdy czwartek śpiewała na Rundle Mall irlandzkie piosenki. Publiczność z innych miejscowości specjalnie przyjeżdżała do Adelajdy na jej występy.

Na zakończenie warto jeszcze powiedzieć o naszym polskim stowarzyszeniu „Australian Polish Art Society” do którego oboje należymy. Od wielu lat, raz w roku urządzamy zbiorową wystawę naszych prac. Od wieków prezesuje nam szczęśliwie Lucia Urbaniak o której też można przeczytać w naszej gazecie w artykule pt. „Kwiaty sercem malowane”

Pora się żegnać, dziękuję ci serdecznie za wywiad, ale na zakończenie powiedz mi jeszcze, ile kosztuje u ciebie namalowanie portretu?

– 700 – 800 dolarów, a za całą postać w kostiumie więcej. Niektórzy mówią, że jestem droga, ale ja wykonuję solidną pracę i taniej nawet nie wypada mi brać. Poza tym oczekuję od modela, że będzie cierpliwie pozował i współpracował ze mną.

Gdy wygram w LOTTO zgłoszę się w tej sprawie do ciebie i będę cierpliwie pozował. Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.

Rozmawiał Grzegorz Koterski


GALERIA OBRAZÓW KRYSTY DE BUE


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011