Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Krzysztof Deja nagrodzony

wrzesień 2009

Kolejny adelajdzki sukces w Austrii


Red. Jadwiga M. Hafner z Austrii, niezmordowana w wymyślaniu i organizacji kolejnych imprez i wydarzeń polonijnych, zaprosiła w tym roku wszystkich czytelników „polonusowych” portali do literackiego konkursu im. Marka Hłaski.

Krzysztof Deja

Przypominam, że w ubiegłym roku red. Hafner prosiła o zgłaszanie kandydatur do nagrody Złote Sowy Jupititera 2008. I tę nagrodę w dziedzinie „Teatr” zdobyła Teresa Wilkans z Adelajdy.

W tym roku – kolejna miła niespodzianka. Nagrodę w konkursie im. Marka Hłaski organizowanym przez austriacką Polonię zdobył Krzysztof Deja, także z Adelajdy.

– To dla mnie naprawdę bardzo miła niespodzianka – zapewnia „na gorąco” Krzysztof Deja, zdobywca drugiej nagrody w konkursie literackim im. Marka Hłaski. – Jest to konkurs dla piszących poza granicami kraju, a więc była bardzo silna konkurencja – że użyję terminu sportowego. O ile wiem, na ten konkurs nadesłano ponad 200 utworów z 22 krajów świata, tym bardziej jest mi miło, że moja praca pt. „Emigrancka wola”, została tak wysoko oceniona.

Serdecznie gratuluję kolejnego sukcesu...

– Dziękuję i cieszę się, że dobra passa w konkursach literackich ciągle się mnie trzyma. Oficjalne wręczenie nagród odbędzie się w Wiedniu, pod koniec października, ale niestety nie będę mógł brać w tym udziału.

Otrzymałeś tę nagrodę za „Emigrancką wolę”. Co jest treścią tego opowiadania?

– Są to reminiscencje z długoletniego życia na emigracji. Moje przemyślenia i spostrzeżenia z życia rodaków, ujęte w dość żartobliwej formie. Zawarłem tu też odpowiedzi na podstawowe pytanie – czy na emigracji można żyć szczęśliwie?

Gdzie można przeczytać to opowiadanie?

– Na razie nigdzie, bowiem organizatorzy konkursu zastrzegli sobie pierwszeństwo w drukowaniu nagrodzonych tekstów. Wiem, że „Emigrancka wola” drukowana najpierw będzie w czasopiśmie „Jupiter” – największym piśmie kulturalnym austriackiej Polonii.

A później na naszych łamach, w „Przeglądzie Australijskim”. Już dziś to sobie zaklepuję. Jeszcze raz gratuluję i dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Lidia Mikołajewska


Oto pierwsze akapity „Emigranckiej woli” uhonorowanej drugą nagrodą w konkursie im. Marka Hłaski w Austrii:

- Jaruzelskiemu to się od nas pomnik należy – z entuzjazmem przekonywał mnie Zen, mój druh emigracyjnej doli od ponad dwudziestu lat.

- A z jakież to racji? – zaoponowałem – czyś ty orientację polityczną ostatnio zmienił?

- Nie, to nie to. Chodzi mi o docenienie jego wkładu w ułatwienie naszej emigracji.

- ???

- Chyba nigdy nie było tak łatwo podjąć tę trudną bądź co bądź decyzję, jak za jego rządów. Człowiek nie miał praktycznie nic do stracenia. W ojczystym kraju znalazł się nagle na samym dnie i to w każdej dziedzinie życia. Tak materialnie jak i duchowo stan wojenny wprowadził nas w szambo. Było beznadziejnie i wszystko człowiekowi obrzydło. Na co było liczyć... Tak łatwej decyzji nie miała ani emigracja przedwojenna, ze względu na trudność wymiany informacji w owych czasach, ani powojenna, bo ten łut nadziei... że wszystko się jeszcze odwróci, ani nawet ta marcowa, bo dotyczyła ludzi pochodzenia żydowskiego.

– Masz rację, a poza tym niewiele czasu nam zostawało. Dziesiąta rocznica sławnej wypowiedzi Breżniewa zbliżała się nieubłaganie, a on w 1974 roku proroczo przewidywał: „...za 10 lat komunizm zwycięży na całym świecie”. Wypadało wiać jak najdalej i mieć nadzieję, że tam na końcu świata jednak nie zwycięży. Lub potraktować to jak ten Czech, który oznajmił: „ja se ne boje, ja mam raka”. W naszym przypadku tylko ta pierwsza ewentualność wchodziła w grę – dodałem.

Stąd nasz wybór, Australia. Daleko bo daleko, ale z optymizmem zaczynaliśmy życie od nowa. Rzucaliśmy wszystko, ten cały dotychczasowy marny dorobek, wierząc że taki standard już osiągamy, będąc na garnuszku komisarza do spraw uchodźców. A dochodził niesamowity bodziec: mamy realną szansę uczciwie i godnie spędzić resztę życia.

Olbrzymi ładunek optymizmu niestety, nie wszystkich trzymał w ryzach. Wielu zaprzepaściło okazję na ułożenie sobie życia, popadli w alkoholizm i marazm już na przystanku przejściowym. Generalnie jednak rodziny radziły sobie dość dobrze, choć to im było najciężej realizować plany emigracyjne - podsumowałem.

- My to byliśmy lucky – przechwalał się Zen – żadnych obowiązków, głównie przyjemności.


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011