Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Piórem, Pędzlem i...

Wyznanie Ewy

Panorama w sieci, maj 2005

Rozmowa o życiu, które przerosło teatr


Ewa Ławniczak

Siedzimy w ogrodzie pełnym zieleni i kwiatów. Wspominamy dawne wrocławskie dzieje, te sprzed 25 lat. Wrocławskie ulice, kluby i teatry. Ewa wyciągnęła pożółkłe gazety, swoje fotografie-portrety, które robili jej – wrocławskiej aktorce - najlepsi wrocławscy fotoreporterzy. – O! Popatrz na tę fotkę w „Gazecie Robotniczej” z marca 1981 roku. Widzisz ten podpis? Tadeusz Szwed. To on zrobił mi to zdjęcie.

Serce podskoczyło mi do gardła...

Z Tadziem zjeździłam wszystkie kąty Dolnego Śląska. Ja pisałam, On fotografował. A tę fotkę pięknej dziewczyny po prostu pamiętam z tamtych lat! Przed oczami stanęła mi redakcja i ta pożółkła dziś gazeta w mojej ręce z czarno-białą fotografią na pierwszej stronie. — Boże drogi! — pomyślałam teraz. — Czy wtedy, 24 lata temu, spoglądając na tę dziewczynę z pierwszej strony mojej gazety, mogłam przypuszczać, że poznamy się kiedyś na drugim końcu świata? I że nie będę miała dla Ewy dobrej wiadomości: — Tadziu nie żyje.

To już ostatnie dni, kiedy jeszcze możemy się spotkać i pogadać tu, w Black Forest, jednej z dzielnic Adelaide. Bo za chwilę Ewy w tym mieście nie będzie.

— Kto chce mieć spokojne życie, w którym nic się nie dzieje, niech mieszka w Adelajdzie — mówi z sarkazmem Ewa Ławniczak. — Ostatnio przez miesiąc pobyłam sobie w Melbourne i stwierdziłam ostatecznie, że tam się przeprowadzę. Nieważne, że tutaj – w Adelajdzie – mam dom, o którym myślałam, że będzie już do końca życia moim domem. A tam, gdzie jadę, będę musiała coś wynająć. Nie szkodzi!

Jesteś tego pewna?

— Wyjazdu z Adelajdy do Melbourne? Ależ ten pomysł prześladował mnie od dawna! Nie byłam jednak na tyle odważna, by go zrealizować. Myślałam po polsku: – przecież masz ładny dom, piętrowy, w niezłej dzielnicy... Jednak w Australii tego rodzaju dom nikogo nie trzyma, a ja po prostu muszę coś ze swoim życiem zrobić. Tak myślę i jestem tego pewna.

Powspominajmy zatem...

— Byłam aktorką Teatru Współczesnego we Wrocławiu. – W ciągu sześciu lat zagrałam sześć głównych ról. Przede wszystkim amantek, bo akurat wtedy byłam młoda i piękna (śmieje się).

Przypomnij, w jakich sztukach grałaś?

— A daj spokój! Jakie to ma teraz znaczenie? Nie chcę do tego wracać. Naprawdę!

Ależ dlaczego?

— Nie jestem aktorką od dwudziestu lat, czyli od chwili przyjazdu do Australii... Pozostały mi tylko fotografie, a na nich moi koledzy, wspaniali aktorzy i świetni koledzy.

No to powiedz, jak znalazłaś się w Adelajdzie?

— Przyjechałam do tego miasta, bo stąd miałam sponsora. Byłam wtedy w siódmym miesiącu ciąży. Nogi tak mi spuchły po podróży, że przez dwa tygodnie chodzić nie mogłam. Ale chciałam urodzić moje dziecko w Australii, a nie w Niemczech, żeby po prostu dostało obywatelstwo.

W Niemczech?!

— Pamiętasz? Rok 1982. Stan wojenny. Nasz teatr wyjechał na turnee do Niemiec... Trójka z nas tam została: Tadek Galia, który ciągle jest w Niemczech i Sławek Wabik, który, niestety, odszedł od nas na zawsze, a był w Sydney. I ja w Adelajdzie.

Tak pamiętam to wydarzenie, bo wszystkie wrocławskie gazety się o tym rozpisywały. Za tę waszą ucieczkę najwięcej oberwało się wtedy Kazimierzowi Braunowi, reżyserowi.

— Kazimierz Braun był nie tylko wspaniałym reżyserem, ale też bardzo ciepłym i wyrozumiałym człowiekiem. Wziął na siebie całą odpowiedzialność za naszą ucieczkę, za co do dziś jesteśmy mu bardzo wdzięczni. Czasy były wtedy bardzo trudne.

Przyjechałam do Adelajdy tylko z jedną walizką. Po prostu uciekłam z Polski i niczego nie mogłam ze sobą zabrać. Tu urodziłam córkę i zaczęłam życie od nowa.

Kiedy ponad trzy lata temu wyjeżdżałam do Australii, to często słyszałam pytania: — „a co ty tam będziesz robić?!”

— Ja też je słyszałam! I niezmiennie odpowiadałam: – uczyć się będę!

To ładniej zachowałaś się ode mnie, bo ja wrzeszczałam, że będę opalać się na plaży...

— Też dobrze. Po roku, gdy już Agatkę nieco odchowałam, postanowiłam czegoś się nauczyć, by móc pracować i zarabiać na utrzymanie rodziny. O aktorstwie nie mogłam marzyć. Ale – jak mi się wtedy wydawało – mogłam spełnić swoje dawne marzenia o sztukach plastycznych.

W Polsce nie malowałam, ale podejrzewałam siebie o talent. Miałam dobre wyczucie koloru. Był taki czas, że ręcznie malowałam podkoszulki. Pamiętasz? Była taka moda. Każdy mój podkoszulek był inny. Młodzi ludzie chętnie to kupowali, by się jakoś z tłumu wyróżnić.

Tak pamiętam.

— W Adelajdzie zaczęło się oczywiście od kursu języka angielskiego. Trzy miesiące tylko wytrzymałam. W tym czasie jeden z kolegów podpatrzył moje „bazgroły” i zauważył, że mam talent do rysunku. Namówił mnie na studia.

Posłuchałam.

Prawie po angielsku nie mówiłam, gdy zaczęłam studia w North Adelaide School of Art. Przez pierwsze dwa lata wszyscy studenci myśleli, że ja w tej szkole uczę, bo się do nikogo nie odzywałam. Ale w takich szkołach mówi się bardzo ekspresyjnym językiem, szybko się go nauczyłam, jednak z pisaniem do dzisiaj mam problem.

Na początku robiłam obrazki z materiałów, które sama farbowałam.

Skończyłam szkołę, bo lubię coś zacząć i skończyć. Ale wkrótce się okazało, że mimo dyplomu, nie mogę znaleźć pracy. Dopiero wtedy pani dyrektor tej szkoły wyznała, że specjalista od ręcznego malowania materiałów nie ma czego szukać w Adelajdzie, bo cały ten przemysł jest w Melbourne.

Przez parę miesięcy siedziałam więc w domu i rysowałam na materiale. Obrazki trafiły na wystawę i nawet je wszystkie sprzedałam.

Potem zaczęłam się zastanawiać, jaki jeszcze mogę zdobyć zawód w tej dziedzinie. Wymyśliłam sobie graphic design na University of South Australia. Dziś tego żałuję, bo ten sam zawód mogłam zdobyć na TAFE w ciągu dwóch lat, a nie czterech, jak na uniwersytecie. Tytuł „Bachelor of Design” też przeszkadzał w zdobyciu pracy, bo miałam zbyt wysokie kwalifikacje. A wcześniej znajomi mi mówili: — Och! Bachelor is better!

Dziecko, praca, dorabianie, uniwersytet, szósta rano... O czwartej o świcie szłam spać, bo tyle nam zadawano. Cztery lata to było piekło.

W tym czasie rozwiodłam się z mężem. Wzięłam dziecko i wyszłam. Znów z jedną walizką. Ale się nie dawałam!

Po skończeniu szkoły postanowiłam otworzyć biznes (graphic design) z koleżanką z roku. Wspólniczka była Węgierką, a ja Polką. Miałyśmy więc dużo problemów, żeby zyskać klientów, bo się w tym kraju nie urodziłyśmy. Muszę przyznać, że kiedykolwiek dostałyśmy jakąś pracę, to tylko przez znajomości. Codziennie wysyłałyśmy po dwa, trzy listy-oferty i nigdy nie dostałyśmy żadnej pracy tą drogą, ale tylko dlatego, że znałyśmy kogoś.

Trzy lata pracowałam w tym biznesie, jednak na utrzymanie domu nie starczało i wciąż musiałam dorabiać. Malowaniem.

Skoro było ci tak ciężko, to czy myślałaś o powrocie do Polski?

— Oczywiście! Ostatni raz byłam tam dwa lata temu. Już po tygodniu chciałam stamtąd uciekać, bo wydawało mi się, że wszyscy Polacy są bardzo zestresowani, a szczególnie aktorzy w teatrze. Niczego optymistycznego z ust kolegów nie słyszałam. Nie wiem, może po prostu sama się zmieniłam? Trudno było mi nawet nawiązać z nimi kontakt.

I jeszcze ta moja Agata! Byłyśmy w kraju wcześniej, gdy ona miała 14 lat. Ani jednego słowa po polsku nie chciała powiedzieć. Myślałam, że mój tato mi głowę ukręci. Zwierzyła mi się potem, że gdy mówi po polsku, to brzmi śmiesznie, więc ona nie będzie się ośmieszać.

Sama ją wychowywałam, więc nie rozumiała co to znaczy rodzina. A tu nagle tyle krewnych się zjawiło! Nie wiedziała o co chodzi, jak ma się zachować. Każdy do niej robił „a ciuciuciuciu”. Aż ją odrzucało!

Jak zaczęłam ją po teatrach ciągać... Nie było tam dzieci w jej wieku, z nikim nie mogła się po angielsku porozumieć. Czuła się dziwnie.

Dla niej wszystko w Polsce było takie stare. – Ja już nie mogę po tych pałacach chodzić, już nie mogę patrzeć na te portrety z podkrążonymi oczami — żaliła się. — Wyjedźmy stąd! — błagała. Tylko u Wierzynka w Krakowie się jej podobało.

Pojechałyśmy do Londynu na cztery tygodnie i dopiero tam była w swoim żywiole.

W tym czasie mój kontrakt biznesowy z koleżanką przepadł, bo znalazła sobie innego wspólnika. Dlatego po powrocie do Adelajdy prowadziłam ten biznes sama. Zlecono mi nawet kilka fajnych prac. Ale... To nie są regularne pieniądze! A ja niestety potrzebowałam forsy co tydzień, bo dziecko uczyło się w prywatnej szkole i musiałyśmy z czegoś żyć.

— Boże! — pomyślałam. — I co ja teraz zrobię?! Otworzyłam gazetę i stwierdziłam, że jedynie pielęgniarek tu potrzebują! Nigdy o tym zawodzie nie marzyłam, ale konieczność utrzymania się na powierzchni życia wygrała.

I zostałaś pielęgniarką?

— Pewnie! Nawet mówili, że jestem w tym dobra! A pracowałam w różnych szpitalach. Przyznaję jednak szczerze, że to naprawdę ciężki zawód. Osiem godzin na nogach i duża odpowiedzialność... Żeby zarobić jakieś możliwe pieniądze, to trzeba pracować przez sześć dni w tygodniu. A to nie jest życie. Ale pielęgniarstwo to jest coś takiego co po prostu mam. Zawsze mogę pracować i z głodu – jak to mówią – nie umrę. Bo ten zawód można ciągnąć bardzo długo, chyba nawet do siedemdziesiątki. Pielęgniarek brakuje i chyba zawsze będzie brakowało.

Satysfakcja w tym zawodzie jest wspaniała, naprawdę. Gdybym w Polsce została, nigdy nie robiłabym tego, co tutaj. W Melbourne też zarejestrowałam się jako pielęgniarka, bo i tam pracy w tym zawodzie mi nie zabraknie.

Więc przeprowadzasz się do Melbourne, żeby tam pracować właśnie w tym zawodzie?

— Nie. Jest to zawód – rezerwa. Ja marzę o malowaniu. Teraz przed wyjazdem nawiązałam odpowiednie kontakty i bardzo możliwe, że w Melbourne będę miała wystawę swoich prac, bo one się podobają. Marzę, aby w Melbourne zostać „full time artist”.

No to gratuluję i szczerze podziwiam. Jak malujesz?

— Ekspresyjnie. O tym, o czym myślę i co mi w duszy gra. W różnych stylach. Maluję na papierze ryżowym, jedwabiu, i na kartonie. Na szkle, na płótnie i na czym się tylko da...

Do tej pory nigdy nie miałam czasu, żeby się malowaniu poświęcić. Robiłam to w wolnych chwilach, dla relaksu, gdy miałam ochotę. Ot taka terapia. Potem zaczęłam się zastanawiać, co by tu zrobić, żeby obraz łatwo sprzedać. Zaczęłam więc malować koty. Właściwie kolorowe karykatury kotów, które bardzo dobrze się sprzedawały. Nigdy nie były na żadnej wystawie, szły prosto do klientów.

Więc życzę powodzenia na nowym miejscu. Cieszę się, że masz szansę na zaistnienie jako malarka...

— Jestem podniecona tą wyprowadzką. Pobiegałam po galeriach w Melbourne i zobaczyłam, że tam nikt nie robi takich rzeczy, jakie ja robię. Mam szanse na fajne życie na – jak to mówisz – zaistnienie. To dzięki certyfikatom i dyplomom, które zdobyłam w Adelajdzie.

Dziękuję za wspomnienia i życzę sukcesów.

— Będzie sukces! Bo ja wierzę w siebie!


Spisała: Lidia Mikołajewska


GALERIA OBRAZÓW EWY ŁAWNICZAK


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011