Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

„Zakciało sie wom Kalwarii”

czerwiec 2007

Już starożytni mawiali, że śmiech leczy nie tylko duszę, ale i ciało. Czy właśnie dlatego, po roku od ostatniej premiery Polski Teatr Stary w Adelaide zaprosił nas na komedię Ryszarda Latko, „Zachciało wam się Kalwarii?”


Sztuka i Autor

Ryszard Latko nie należy do autorów zbyt znanych. Zasłynął w latach 70 zeszłego wieku, gdy jego sztuka „Tato, tato sprawa się rypła” znajdowała się wśród widowisk o największej frekwencji. Latko otrzymał w 1977 nagrodę za udany debiut teatralny na XVIII Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych we Wrocławiu, za tę właśnie sztukę.

Ale wystawiana 20 lat później druga część, o tytule "Zakciało sie wom Kalwaryji", nie wywołała już takich emocji, choć mniejszej rangi konkursy zauważały jej obecność. Pan Latko jak duża część twórców stał się gwiazdą jednego sezonu.

Komediowy charakter sztuki autor uzyskał stosując rubaszny, czasami wulgarny język oraz przerysowując najgorsze wady mieszkańców polskiej wsi. Trochę niedobrze się stało, że tylko na stronie internetowej zaznaczono, że sztuka jest „tylko dla dorosłych”. Niepełnoletnia część widowni nie powinna słyszeć tego rodzaju języka płynącego ze sceny.

Sztuka w zasadzie nie opowiada żadnej historii, nie posiada ukrytych treści czy przekazów. Jest to raczej długometrażowa, fabularyzowana biesiada w stylu dożynek w Kopydłowie.

Bardzo miło się ogląda i szybko zapomina.

Atmosfera

Wprowadzenie widzów w wiejski klimat zaczęło się już po przekroczeniu progu teatru, gdzie częstowano widzów chlebem ze smalcem i solą. Foyer przystrojone słomą i słonecznikami zapowiadało wspaniałą wiejską zabawę. Pomysł to zaiste doskonały. Może pełnię efektu uzyskano by, gdyby to członkowie zespołu Tatry w malowniczych pięknych łowickich strojach witali gości wspomnianym chlebem ze smalcem i solą (pycha!).

Spektakl otwierały Tatry prezentując ludowego oberka. Zagadnięty przeze mnie instruktor tańca ludowego wysoko ocenił technikę i choreografię, z czego zespół ten jest znany. Jedynie nie wiedzieć czemu na twarzach części tańczących gościło takie skupienie. Przecież taniec to radość i uśmiech, a nie tylko technika i rutyna.

Scenografia

Wyglądała bardzo skromnie, jak na „zagraconą ciasną wiejską chatę”. Jej prostota za bardzo odróżniała się od bogatych i starannie dobranych strojów (to tradycyjnie zasługa m.in. Krysi Gałązkiewicz) oraz bardzo dobrej charakteryzacji. Ten kontrast dawał poczucie, że czegoś tu brakuje. Choćby tej słomy z butów, czy przytaczanych w tekście sztuki, maneli, rupieci i gratów.

Jednak to element scenografii stał się tematem nr 1 w foyer. Furorę zrobiła... lodówka. Jako spinający całą sztukę element była ona tematem licznych komentarzy. Szczególnie często pytały o nią panie. Dlaczego? Cóż,... lodówka okazała się cudowną maszynką do odmładzania. Któżby nie chciał mieć takiej lodówki w domu...

Muzyka

Znany z „biesiad” zwyczaj oddzielania scen muzyką bardzo spodobał się publiczności, głównie z powodu, że usłyszeli najbardziej znane fragmenty piosenek góralskiego zespołu „Golec u'Orkiestra”.

Osobiście wolę interpretację i tempo jakie w oryginale prezentują bracia Golcowie, ale najważniejsze jest to, że publiczność dobrze bawiła się przy tych przerywnikach, a aktorzy zadbali o to by każdej z piosenek nadać indywidualny charakter, uzyskany poprzez ubiór i rekwizyty.

Aktorzy

Również i w tym roku nie zabrakło debiutów. To tak miłe widzieć na scenie młode, nowe twarze. Wśród aktorów po raz pierwszy zobaczyliśmy (znaną również z publikacji w „Przeglądzie”) Martę Markowską, która zagrała rozwydrzoną nastolatkę z temperamentem. Poza sceną jako sufler zadebiutowała Kasia Rogozińska.

Aktorom należą się duże brawa, bo widownia naprawdę świetnie się bawiła. Widzowie promienieli uśmiechem, gdy wspominało się poszczególne postacie i sceny. Warto byłoby jeszcze popracować nad opanowaniem pamięciowym ról, bo liczne w tym zakresie błędy zubożyły warstwę komediową, co zmniejszyło porcję zawartego w cenie biletu śmiechu.

Na szczególne uznanie zasłużyła osoba matki zagrana bardzo dobrze przez Jolę Ratuszyńską. To nieliczny przypadek tak szczegółowo dopracowanej postaci. Przemyślane gesty, mimika i modulacja głosu były bardzo naturalne. Kolejną rolą wzbudzającą żywe reakcje publiczności była babka, w którą sprawnie wcieliła się Ania Rek. A rola nie była łatwa, bo babka miała cudownie odmłodnieć, co trzeba było nie tylko pokazać fizycznie, ale i zagrać. Zeszłoroczni debiutanci Piotr Utnicki i Olimpia Niewiadomska sprawnie wcielili się w zupełnie inne osobowości, co było dla nich ważnym testem po świetnie zagranych rolach w „Dobrym adresie”.

Przed Markiem Kobyłeckim postawiono wielkie zdanie. Potężna rola, która miała budować komediowy charakter sztuki. Placek podbił serca publiczności, wzbudzając co rusz salwy śmiechu. Nie zrozumiała była jedynie sytuacja, gdzie Marek Kobyłecki zamiast „przykryć grą” spóźniające się wyciemnienie i wejście muzyki z kapelą, strzelił sztuce samobója „chlapnąwszy” jak rasowy amator prywatną uwagę, nie związaną ze sztuką. Jakby chciał widzom powiedzieć: „a tu się pomyliliśmy!”.

O Kowalu nic nie napiszę, bo ile można chwalić Mariana Gawędę? Z drugiej strony jako jedyny zawodowy aktor w zespole musi grać bezbłędnie i zrobił to. Ile by nie pisać o grze aktorów, to dla nich wszystkich największym komplementem były żywe reakcje widowni i oklaski.

Reżyser

To najważniejsza osoba, której wizję prezentują na scenie aktorzy, rekwizyty, scenografia, światło, nastrój i muzyka. Ewa Leśniewska (drugi raz jako reżyser), prawie bezbłędnie dobrał tym razem aktorów, co jest trudne gdy trzeba dopasować obsadę sztuki pod kątem wieku, temperamentu, czy fizjonomii.

Powtórzę się, ale warto chwalić zarówno pomysł na foyer jak i dobrze dobrane kostiumy. Co chyba tradycyjnie jest mocnym punktem Teatru Starego. Jednak im dalej w las tym więcej drzew. Skąpa scenografia nie oddała prawdziwej atmosfery wiejskiej chaty. A przecież Teatr Stary nie raz pokazał, że umie dobrze wykorzystać tego dodatkowego, niemego aktora na scenie (szczególnie w „Dobrym Adresie” – premiera 2006). Niektóre postacie sprawiały wrażenie słabo ukształtowanych, bez wyraźnego charakteru, albo za bardzo przerysowanych. Czasami brakowało starannego wygrywania „śmiesznych” dialogów oraz robienia pauz. Wystąpiły niezrozumiałe przekazy, np. nieżywa babka, zamknięta w lodówce, podaje Plackowi piwo. Czy Ignac, który raz jest trzeźwy, a chwilę później kompletnie pijany. Cóż oni tam popijali? - zastanawiali się widzowie podczas przerwy. Do dziś nie mogę też znaleźć powiązania pomiędzy oberkiem tańczonym przez Tatry w strojach łowickich, sztuką dziejącą się w okolicach Wadowic (40 km od Krakowa) i przerywnikami góralskiej kapeli „Golec u'Orkiestra”. Co reżyser chciał przez to wszystko powiedzieć pozostanie jego wielką tajemnicą. Jak to powiadają: „diabeł tkwi w szczegółach”, a dbałości o nie reżyserowi zabrakło.

Podsumowując

Miło było zobaczyć śmieszną, lekką sztukę, gdzie podstawowym zadaniem było rozruszać mięśnie brzucha u widowni, co całkowicie się udało. Każdy kto spragniony był rozrywki, otrzymał to po co przyszedł. Jeśli szukał czegoś więcej, to pozostał mu wybór pomiędzy pysznymi pączkami lub wyśmienitym chlebem ze smalcem – place lizać....

Adelaide ma wielkie szczęście. Aż dwa teatry z masą utalentowanych zapaleńców, którzy leją miód na nasze serca, słodycz w nasze uszy i cisną łzy wzruszenia z naszych oczu, a robią to głównie dla nas, widzów. Nigdy dość okazji by im za to mocno i serdecznie podziękować.... a najlepiej osobiście, na kolejnych przedstawieniach.

Do czego wszystkich gorąco i szczerze zachęcam.


Tomek Wiliński

Zdjęcia: Tomek Wiliński


Recenzja opisuje przedstawienie premierowe z dnia 2 czerwca 2007 roku.


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011