Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Spełnione sny Koterskiego

marzec 2007

Grzegorz Koterski: – Mam taką zasadę: maluję to co mi się podoba i podoba mi się to, co maluję. I robię to co chcę...


Grzegorz Koterski

W roli profesora Perleca na scenie Polskiego Teatru Starego

Tę nieco samolubną zasadę Grzegorza Koterskiego widać niemal na każdym kroku i w każdym jego obrazie. Prawda. Robi co chce i tworzy jak mu się żywnie podoba. Jeśli ktoś to uznaje, to dobrze, a jeśli nie, to trudno…

Uznają! Uznają! Koterski na ścianie w adelajdzkim domu to powód do satysfakcji i dumy.

Dzieła tego znanego wrocławsko-adelajdzkiego artysty to najczęściej collage, obrazy składające się z wielu różnych elementów – wmontowanych w ich malarską strukturę.

Jeden z jego obrazów, który ostatnio podziwiałam na wystawie z okazji 150 lecia osadnictwa polskiego w Południowej Australii składał się z kilkuset elementów – małych aluminiowych zwierzątek. Te zwierzątka dostrzegłam dopiero wtedy, gdy podeszłam do obrazu bardzo blisko. Z daleka urzekła mnie srebrno-niebieska kolorystyka dzieła.

Aluminiowe zwierzątka znalazłem kiedyś w składnicy złomu w Heidelbergu w Niemczech – przyznaje Grzegorz Koterski. – To były półfabrykaty spod sztancy, z których przygotowywano pewnie dziecięcą biżuterię – myszki, żabki, osiołki itp. Kupiłem te zwierzątka po okazyjnej cenie i po latach wykorzystałem. Powstała kompozycja, która z daleka wygląda jak obraz abstrakcyjny w srebrno-niebieskiej tonacji, bo już z odległości trzech metrów nie widać kształtów tych zwierzątek, zlewają się one w różne, połyskujące plamy. Szczegóły widać dopiero gdy podejdziemy bliżej.. Nazwałem ten obraz „Opowieść o samotnym, zagubionym osiołku” Wszystkim swoim pracom nadaję tytuły i są one zazwyczaj nawiązaniem do konkretnego wydarzenia, które było impulsem do stworzenia obrazu. Dostałem za ten obraz nagrodę (Major Prize – 2 tysiące dolarów ), na bienalle w York Penninsula. Nawet się trochę zdziwiłem, bo w Australii lubią nagradzać typowe miejscowe pejzaże. Prawdopodobnie jednak jurorzy dopatrzyli się w mojej kompozycji czegoś nowego, nietypowego, może zaskoczeni byli innością w tworzeniu? Nie wiem.

W tej samej niemieckiej firmie kupiłem też porcelanowe kamee w secesyjnym stylu z namalowanymi tańczącymi parami. Na jednej z nich widniała głowa Mony Lisy, ze słynnego obrazu Leonarda da Vinci, którą umieściłem w tym kiczowatym roztańczonym towarzystwie. I w ten sposób powstał obraz zatytułowany „Koszmarny sen Mony Lisy”.

„Tam i z powrotem”

„Czarny rysunek w białej przestrzeni ograniczonej”, Edynburg, 1972

Taki będzie tytuł wystawy Grzegorza Koterskiego w galerii Związku Polskich Artystów Plastyków „Na Solnym” we Wrocławiu.

– Właśnie wybieram się do Wrocławia, żeby pokazać tam trochę swoich prac, spotkać przyjaciół i znajomych – wyznaje Grzegorz.

A dlaczego właśnie Wrocław i galeria „Na Solnym”?

– Nostalgia! Kiedyś byłem kierownikiem tej galerii, ale wtedy mieściła się ona nieco w innym miejscu, tuż obok Izby Rzemieślniczej na Placu Solnym. Jednak kilka lat później wrocławscy artyści musieli się z niej wynieść. Przydzielono nam o połowę mniejszy lokalik, w którym – o ile dobrze pamiętam – mieściła się kiedyś Biblioteka Pedagogiczna.

Kierowniczką obecnej galerii „Na Solnym” jest Dorota Wrzesińska, niegdyś moja zastępczyni. I tak „po znajomości” mam wystawę! Zatytułowałem ją „Tam i z powrotem”. Tam zaczynałem, teraz mieszkam w Adelajdzie, i znów wracam ze swoimi obrazami do Wrocławia. Będzie to wystawa retrospektywna, więc wystawiać na niej będę swoje dawne, dawne prace, niektóre z moich rysunków wypożyczone ze zbiorów muzeów we Wrocławiu i w Warszawie, a także nowe, które właśnie płyną morzami z Australii do Polski.

Wystawa we Wrocławiu rozpocznie się 15 czerwca i potrwa tydzień. galeria Na Solnym jest nieduża, nastawiona na sprzedaż obrazów. Nie chcę więc zbytnio blokować czasu i miejsca. Pokażę prace, które raczej nie są przeznaczone na sprzedaż, dlatego na otwarcie zaproszę starych znajomych, kolegów ze studiów, starą publikę.

Artysta z podwójnego przypadku

– Zawsze opowiadam o sobie, ze jestem artystą z podwójnego przypadku – snuje wspomnienia Grzegorz Koterski.

Pierwszy przypadek zdarzył się w siódmej klasie szkoły podstawowej. Dyrektorką tej szkoły przy ul. Parkowej we Wrocławiu była „strasznie” partyjna kobieta, wielbicielka Stalina, jednym słowem „ciotka rewolucji”. Podczas jakiegoś remontu w mojej klasie pozdejmowano portrety Marksa, Engelsa i różnych dostojników państwowych. Stały na podłodze, a szyba na portrecie łysego, jak powszechnie wiadomo, Józefa Cyrankiewicza, ówczesnego premiera Polski była rozbita. Niewiele myśląc dorysowałem mu bujną czuprynę. Nie zauważyłem, że w tym momencie do klasy zajrzała jakaś dziewczyna. Na drugi dzień dyrektorka z groźną miną orzekła, że apelu-prasówki nie będzie, bo musimy omówić sprawę jednego ucznia, który okazał się wrogiem Polski Ludowej – Koterski wystąp! Nawet do głowy mi nie przyszło, że to o mnie chodzi, że sprofanowałem portret dostojnika państwowego.

Takie były czasy, że jak się szło do szkoły średniej, to za nami podążała w zalakowanej kopercie opinia z podstawówki. Chodziłem z ojcem od szkoły do szkoły i nigdzie mnie przyjąć nie chcieli. Dyrektorzy szkół kiwali tylko głowami i zapewniali, że mają już komplet uczniów. Po prostu, ja – Grzegorz Koterski, byłem wrogiem klasowym! (Starsze pokolenie Polaków doskonale wie o czym mówię, a młodzi niech się od nich nauczą).

W końcu ojciec przypomniał sobie, że jego daleki znajomy pracuje w liceum plastycznym we Wrocławiu. To Stanisław Kopystyński, świetny artysta malarz. Był dyrektorem tej szkoły. Ojciec zaczął więc „szklić” jaki to ja zdolny jestem i o niczym innym nie marzę, tylko o rysowaniu, malowaniu... Słuchałem ojca i własnym uszom nie wierzyłem, bo żadnych takich talentów i marzeń w sobie nie widziałem. Dyrektor na to: – mnie tam żadna opinia nie obchodzi. Niech idzie do klasy na lekcje rysunku, niech coś narysuje, to zobaczymy. Poszedłem i coś narysowałem. Na drugi dzień zadzwoniła sekretarka, że jestem przyjęty. I tak, po paru latach zostałem absolwentem wrocławskiego Liceum Plastycznego.

Ale artystą malarzem jeszcze się nie czułem. Wręcz przeciwnie, marzyłem o szkole teatralnej. Egzamin wstępny, dziś powiem: – na szczęście! – marnie mi poszedł. Tak się jednak złożyło, że dokładnie w tym samym dniu miałem maturalny sprawdzian z rysunku w Liceum Plastycznym. Pośpiech, stres, bieganie z egzaminu na egzamin... Też marnie poszło. Na to ojciec: – synu! Co tam artysta! Idź na architekturę!

Przekonał mnie. Na Wydział Architektury Politechniki Wrocławskiej zdałem z powodzeniem, bo z rysunku byłem jednak dobry, a na egzaminie z matematyki ściągnąłem od kolegi. Na architekturze wytrzymałem jednak tylko do trzeciego roku, nie czułem się tam dobrze. Jak na mój gust kierunek był zbyt techniczny. Projektowanie „klocków” z wielkiej płyty jakoś mnie nie pociągało.

W pozostaniu artystą dopomogło mi kolejne wydarzenie. Zadarłem z kierownikiem Studium Wojskowego, w stopniu generała. Miałem niewyparzony język i kilka razy podowcipkowałem sobie z wojskowych. Aż w końcu generał wezwał mnie do siebie i powiada: – no wiecie student, dla nas dwóch nie ma tu miejsca. A ja na to: – to pan generał się gdzieś przenosi?

To była moja ostatnia odzywka. Szybko pobiegłem do dziekanatu i sam się wypisałem, żeby generał nie zdążył mi w papierach nabruździć. Przeniosłem się na Wydział Architektury Wnętrz Akademii Sztuk Pięknych.

I dzięki takim życiowym wpadkom zostałem artystą...

Marzenia się spełniają

Edynburg '72 – montujemy instalację Magdaleny Abakanowicz

– Najpierw wymyśliłem sobie Szkocję, potem Amsterdam, a w końcu Australię. A wszystko przez naszą telewizję kochaną!

* * *

W telewizji obejrzałem relację z Edynburga, stolicy Szkocji, paradę orkiestr wojskowych u podnóża zamku Marii Stuart górującego nad miastem. Pomyślałem sobie: – kurcze!, to takie ładne miejsce, chętnie bym tam pojechał. To był rok 1970, więc żona pokiwała tylko głową: – ależ ty masz nierealne marzenia!

Takie były czasy, że praktycznie nigdzie się nie wyjeżdżało. Marzenia odłożyłem na bok, bo zaaferowany byłem organizowaniem swojej pierwszej indywidualnej wystawy w Biurze Wystaw Artystycznych we Wrocławiu, które mieściło się wówczas na rogu Świdnickiej i placu Kościuszki. (dziś w tym miejscu jest chyba koktajlbar).

Któregoś dnia dzwoni do mnie dziewczyna i informuje, że jakiś pan, chyba Włoch, przyjedzie z Warszawy i chce ze mną pogadać. Okazało się, że Richard Demarco, właściciel galerii w Edynburgu (ma wprawdzie jakieś włoskie korzenie, ale jest Szkotem) , jeździ po Polsce w poszukiwaniu dzieł polskich artystów na Międzynarodowy Festiwal Sztuki w Edynburgu. To prestiżowa impreza gromadząca artystów z całego świata z różnych dziedzin sztuki.

Spodobały mu się moje prace wystawione w BWA – rodzaj rysunku przestrzennego, który „wił się” przez wszystkie pomieszczenia galerii.

Pan Demarco zaprosił mnie do udziału w Wystawie Polskiej Sztuki Współczesnej w ramach Festiwalu w Edynburgu. To był rok 1972. Formalności – z wielkimi kłopotami – załatwiał w Ministerstwie Kultury. Z kłopotami, bo w tym ministerstwie mieli swoich eksportowych artystów, a tu Szkot chce wystawiać 12 artystów z Wrocławia, wśród nich i mnie!

I tak pojechałem do Edynburga. – Widzisz żono? Marzenia się spełniają.

Zaproszenie pana Demarco być może zaważyło na moim życiu artystycznym. Recenzje w polskiej i zagranicznej prasie były imponujące, zarówno w plastyce jak i w muzyce. Występowały tam wielkie sławy: Wanda Wiłkomirska, Stefania Woytowicz, Bernard Ładysz... Prezentowano utworzy Chopina, Szymanowskiego i Krzysztofa Pendereckiego. W „Atelier 72” w Galerii Demarco prezentowali swoje dzieła między innymi Magdalena Abakanowicz, Hasior, Kantor, Tomaszewski, Szajna, Bereś, Nowosielski, Opałka, Stażewski.

W Edynburgu byłem w sumie trzy razy. Miałem tam wystawy indywidualne. Poza tym wystawiałem na Węgrzech, w Holandii, Argentynie, Rumunii, Niemczech, Anglii, Japonii...

* * *

W telewizji zobaczyłem film składający się z trzech nowel kryminalnych. Jedną z nich nakręcił Roman Polański. Śmieszną nowelę o ładnej i młodej dziewczynie specjalizującej się w okradaniu bogatych facetów. Bohaterka filmu robiła to dowcipnie, nie była rasową złodziejką. Fabułę przeplatały obrazki Amsterdamskie. Pięknie pokazane miasto! I znów pomyślałem: – kurcze! Udał mi się Edynburg, to i do Amsterdamu muszę.

Kiedyś w biurze Związku Polskich Artystów Plastyków powiesili na ścianie wiadomość, że są „do wzięcia” dwa stypendia podyplomowe do Amsterdamu. Chętny niech złoży podanie w Ministerstwie Kultury i Sztuki w Warszawie. No to złożyłem. Na te dwa miejsca było 36 podań. Trzeba było napisać mądry program swojego tam pobytu, potem zdać egzamin z języka angielskiego, a w końcu o wyjeździe decydowała rozmowa w Ambasadzie Holenderskiej. No i udało się! Pojechałem do Amsterdamu na trzy miesiące razem Tadeuszem Siarą, świetnym grafikiem z Katowic. To był rok 1975. I tym sposobem nie tylko się czegoś tam nauczyłem, ale i zorganizowałem kolejną zagraniczną wystawę moich prac.

* * *

W telewizji obejrzałem kiedyś australijski film fabularny. Tytułu nie pamiętam, ale rzecz działa się na pustyni i nad morzem... – Jaka piękna ta Australia! Jakby się do niej dostać? Z tych marzeń i filmowych wspomnień namalowałem w 1977 roku obraz zatytułowany „Australia Dream”.

W spełnieniu tego marzenia pomogli mi moja była żona i jej mąż, którzy dostali się do tego kraju prosto z Wiednia oraz córka Kasia, która wkrótce podążyła tu za matką. Trzykrotnie zwiedzałem Australię jako turysta. Pierwszy raz w 1990 roku. Wtedy poznałem właściciela galerii na South Terrace, gdzie zaprezentowałem cykl zatytułowany „The Windows”. Cała wystawa składała się z graficznych okien. Następnie przyjeżdżałem w 1994 i 1998 roku. Potem w 2000. Już na stałe.

„Australia Dream”

„Australia Dream”, Wrocław, 1977

– Tak zatytułowany obraz był chyba proroczy. Czy żałuję swojej decyzji o pozostaniu w Australii? Nie! Skądże! To taki przyjazny kraj! Tak szczerze powiem, że z mojej polskiej emerytury nie utrzymałbym się. Dorabiać malowaniem? Handel sztuką nie idzie, bo Polacy na ogół nie mają pieniędzy na takie zbytki jak obrazy. W Australii natomiast dzięki temu że wciąż jestem aktywny – maluję, wystawiam i sprzedaję swoje obrazy, robię portrety na zamówienie – jakoś żyję i zarobiłem w ten sposób na moją najbliższą podróż do Polski.

Jestem członkiem elitarnego The Royal South Australian Society of Arts oraz wiceprezesem Polsko-Australijskiego Stowarzyszenia Sztuki. Naszą prezeską jest pani Lucia Urbaniak. Kilka lat temu na organizowanych przez adelajdzką Polonię Dożynkach zobaczyłem na wystawie jej akwarelkę zatytułowaną „Inowrocław, ulica Królowej Jadwigi”. Serce skoczyło mi do gardła, bo ja na tej ulicy spędziłem pierwsze lata życia! Ja się tam urodziłem! W czasie okupacji niemieckiej mieszkaliśmy w Krakowie. Po wojnie moja rodzina przeniosła się z Inowrocławia „ino do Wrocławia”. To był rok 1945 . Wrocław jeszcze się palił. Nie było światła, prądu, wody... Tramwaj nie chodził. Ojciec wynalazł ocalały dom na Biskupinie...

Polsko-Australijskie Stowarzyszenie Sztuki jest wśród adelajdzkiej Polonii dobrze znane...

– ... przede wszystkim dlatego, że co roku organizujemy wystawy naszych prac i je sprzedajemy, o czym zawsze informuje „Panorama”. Część dochodów przeznaczamy na Fundację Serca (Heart Foundation)

Mieszkasz w Adelajdzie zaledwie od siedmiu lat, ale znamy cię również jako scenografa i aktora Polskiego Teatru Starego!

– Nooo, raz wystąpiłem w „Chłopcach” Grochowiaka. Zagrałem profesora Perleca, specjalistę od piorunologii. I robię scenografie do innych sztuk. A poza tym niektórzy członkowie naszej grupy teatralnej, wśród nich i ja, prowadzimy raz na kilka tygodni teatralne audycje ze stacji radiowej PBA FM, pod redakcją Ewy Leśniewskiej.

Wróćmy do obrazów. Czy kupuje je przede wszystkim Polonia?

– Najczęściej. Bywa, że zobaczą obraz na wystawie, potem dzwonią do domu i umawiają się na kupienie po znajomości, trochę taniej. Maluję też na zamówienie. Zrobiłem kilkanaście portretów. Taka anegdotka: pewna pani zażyczyła sobie, abym namalował jej las. Ale ja, jak to ja, lubię robić trochę na przekór, więc namalowałem las po swojemu. Symboliczny. Płonący i odradzający się. Bo mam taką zasadę: maluję to co mi się podoba i podoba mi się to, co maluję. I robię to co chcę...

Czy australijski rynek sztuki jest dla artysty łaskawszy, niż polski?

– Też nie jest łatwy. Ale... dość trudno jest w Adelajdzie, znacznie łatwiej w Sydney, dlatego w tym mieście także planuję swoją wystawę. Tu, w Adelajdzie, jak się wystawi duży obraz za 1500 dolarów, to wszyscy wzdychają: – jak drogo! A w Sydney? Byle jaki obraz, napaćkany farbami, taki „sterowany przypadek” w stylu lat 50-tych ubiegłego wieku w Europie i Ameryce, i artysta bierze za niego już na otwarciu 7 tysięcy, 11 tysięcy dolarów. Ale wiesz, w Sydney na wystawy przychodzi elita. Pan mecenas zauważy, że w holu będą mu kolorki pasowały... Wyciąga więc czek na tysiące robiąc sobie przy tym dobrą reklamę. W gazecie o tym napiszą, a czytelnicy pomyślą, że jak pan mecenas taki drogi obraz kupuje, to go na to stać, a to znaczy, że jest dobrym adwokatem...

Czy malarstwo jest łatwą dziedziną sztuki? Niektórzy uważają, że dziecinnie prostą. Wystarczy napaćkać, jak mówisz, i mieć tysiące...

„Teraz namaluj ty!”, Adelaide 2002

– Spróbuj! Kiedyś zrobiłem tak: kupiłem kilimek i namalowałem jego kopię. Na wystawie przedstawiłem i ten kilimek i jego kopię, a obok powiesiłem płótno, położyłem farby i zaproponowałem: – teraz namaluj ty!

Nie podejmuję się! Ale to obrazek „konkretny”, ty natomiast często tworzysz abstrakcje!

– Nawet collage abstrakcyjne i nierealistyczne wychodzą z autentycznych wydarzeń. Konkret jest dla mnie impulsem. Dlatego swoim obrazom zawsze nadaję tytuły, które dopełniają całość, podpowiadają oglądającemu jak na niego patrzeć. Ale z tego podpisywania biorą się w Australii tylko kłopoty.

A to ciekawe!

– Namalowałem „List, którego nigdy do mnie nie napisałaś”. To obraz skierowany do autentycznej osoby. I jak ten podpis przetłumaczyć australijskiemu odbiorcy? „The letter you never wrote to me”? Nie, bo „you” oznacza: on, ona, wy. A ja chcę powiedzieć, że chodzi mi o kobietę. Więc inaczej: „The letter she never wrote to me”. Ale „she” (ona) też nie oddaje tego, co chcę powiedzieć, bo to nie jest jakaś „ona”, lecz konkretna osoba... Nie udało się nawet przy pomocy fachowego tłumacza jakim jest mój zięć.

Historia kołem się toczy

– W szkole przy ul. Parkowej, z której odszedłem niegdyś z wilczym biletem, po latach pracowałem przez jakiś czas jako nauczyciel rysunku. To już było liceum ogólnokształcące. Uczyły się tam dwie siostry. Nazywały dokładnie tak samo, jak moja dyrektora, wielbicielka Stalina. Byłem ogromnie ciekaw, czy to jej córki. Starsi nauczyciele pamiętali, że ich matka była tu dyrektorką w podstawówce. Użyłem więc podstępu, żeby ją do szkoły ściągnąć. Napisałem list, w którym powiadomiłem, że córkom grozi z rysunku bardzo słaba ocena, zaledwie dostateczna, ale ja nie chcę psuć im świadectwa, więc proszę przyjść, żeby omówić sprawę. Mamusia się pojawiła. Po dłuższej rozmowie zapewniłem ją, że córki otrzymają ocenę „dobry”, bo „bardzo dobry” im nie dam. – A wie pani dlaczego? – Nie, nie wiem. – A to za ten wilczy bilet od pani, przez który mnie do żadnej szkoły przyjąć nie chcieli

Ona tego nie pamiętała, albo tylko tak mówiła, że nie pamięta. Ale może dzięki niej zostałem artystą?

Może? Dziękuję za te wspomnienia.

Rozmawiała Lidia Mikołajewska


Przegląd prasy – o Koterskim pisano

GALERIA OBRAZOW GRZEGORZA KOTERSKIEGO


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011