Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Julia Blanka

luty 2008

Niech każdy bierze z mojego obrazu co mu się żywnie podoba, niech widzi to, co chce


Julia Blanka Lesniewski

Umówiłyśmy się o ósmej wieczorem. Na progu domu w Para Hills West powitała mnie piękna, radosna dziewczyna. To Julia. Polka z pochodzenia, Australijka z urodzenia. I choć nigdy nie chodziła do żadnej polskiej szkoły, jej język polski jest bez zarzutu. To niewątpliwa zasługa mamy, Ewy Leśniewskiej i taty, Piotra Leśniewskiego – znanych w Adelajdzie ze swoich społecznikowskich pasji. - Udała im się córka! - pomyślałam z satysfakcją.

Julia Blanka Lesniewski – absolwentka University of South Australia (Uniwersytetu Południowoaustralijskiego w Adelajdzie), na którym studiowała grafikę użytkową (Graphic Design), 24 lutego tego roku, o godzinie 2 po południu, zaprasza na wystawę swoich prac do National Wine Centre of Australia (Narodowego Centrum Wina w Australii). To ten oryginalny – ni to w formie statku, ni to gigantycznej beczki wina – nowoczesny gmach tuż przy ogrodzie botanicznym w centrum adelajdzkiej metropolii. Wystawę, która zostanie otwarta w ramach słynnego Fringe Festival, największego festiwalu sztuki ludzi młodych w Australii, możemy oglądać od 22 lutego do 16 marca. 24 lutego Julia zaprasza na swój pierwszy poważny wernisaż zatytułowany Canvas with a soul (Obrazy z duszą).

Skąd pomysł na wystawianie prac właśnie w tym miejscu?

Narodowe Centrum Wina w Południowj Australii

- Gdy patrzę na ten budynek, w którym mieści się centrum australijskiego winiarstwa, to kojarzy mi się on z naturą, bo tak pięknie jest w przyrodę i otoczenie ogrodu botanicznego wkomponowany – wyjaśnia Julia. - Moje prace też nawiązują do natury, bo ja tworzę w kolorach ziemi. Lubię czerwień, brąz, zieleń... Takich właśnie argumentów użyłam, by przekonać kierownictwo Centrum, że warto moje obrazy tam powiesić, a następnie zaprosić na tę wystawę wszystkich przyjaciół, znajomych i nieznajomych. Niech przyjdą, zobaczą, napiją się wspaniałego australijskiego wina i... kupią mój obraz.

Opowiedz, skąd wzięło się twoje malowanie? Na kierunku grafiki użytkowej chyba tego nie uczą?

- Oczywiście, że nie, choć to, czego się uczyłam, też jest ze sztuką związane. Na studiach uniwersyteckich poznałam tajniki sztuki użytkowej, a więc robienie plakatów, ulotek, projektowania logo, potrafię wydać zestaw dokumentów wykorzystując przy tym wszystkie dostępne techniki komputerowe, umiem wydać kolorowy magazyn, w którym w odpowiedni sposób rozmieszczę teksty i zdjęcia. Wykorzystuję tę wiedzę w mojej pracy zawodowej, pracując w dziale marketingu HPS Pharmacies... Poznałam też sztukę makijażu...

Na tym kierunku studiów właśnie?

- Ależ nie! Na kursie dla wizażystek, tak się to chyba po polsku nazywa. Ukończyłam taki kurs prowadzony przez Media Make-up. Dla mnie twarz człowieka – to jak płótno, na którym namaluję obraz...

Czy z twarzy każdej kobiety zrobisz cudo?

- Oczywiście! Potwora też, ale to zależy od zlecenia. Wielokrotnie robiłam charakteryzacje do przedstawień w Polskim Teatrze „Starym” – czasem musiałam starsze panie odmłodzić, a młode czasem postarzeć.

Na czym polega współczesna sztuka makijażu?

- Na tym, żeby tego makijażu, czyli pudrów, różów i tuszów, zbyt wiele na twarzy nie było. Na eksponowaniu tego, co w nas ładne. Jeśli masz małe oczy, to nie staraj się ich za wszelką cenę powiększyć wielką ilością tuszu, bo efekt będzie nieciekawy. Odpowiednio dobrana szminka wyeksponuje piękne zęby. Odrobina pudru podkreśli ładne policzki. Za pomocą pędzla i pudru można też „schować” zbyt duży nos...

Oj, to temat na osobną rozmowę, a my spotkałyśmy się dzisiaj, by porozmawiać o twojej twórczości. Niektórzy artyści mówią o sobie, że pragnęli malować „od zawsze”. A ty?

- Nie wiem. Pamiętam tylko, że gdy miałam siedem lat, to mama posłała mnie do Ruth Tuck Art School w Burnside, gdzie pod okiem wspaniałej australijskiej malarki – Ruth Tuck – uczyłam się używania farb wodnych i pasteli. Wtedy rysowałam na papierze. Mama często wspomina, że gdy po raz pierwszy dała mi ołówek do ręki, od razu chwyciłam go prawidłowo, nie pełną garścią jak to dzieci na ogół czynią, i zaczęłam rysować. Osobny rozdział – to szkoła podstawowa.. Mama bardzo chciała, żebym bardziej przykładała się do chemii, matematyki, bo to przedmioty wysoce w Australii cenione. Tymczasem nauczycielka od plastyki, pani Chris Roe, na mamę nakrzyczała: - „Nie hamuj jej! Niech się otwiera na plastykę! Sztuka jest wszędzie!”

Pamiętam też konkurs rysunkowy dla dzieci z okazji Dożynek dziesięć, a może dwanaście lat temu... W Regency Park w nagrodę za swoje rysunki dostałam pudełko dobrych kredek.

I tak sobie rysujesz i malujesz do dziś?

- Ależ ja naprawdę to lubię i właściwie dopiero zaczynam.

A jak to robisz?

- Siadam w ogrodzie na trawie, na prześcieradle, na kolana kładę sobie płótno...

Przecież malarze wieszają te płótna na sztalugach!

- Owszem, ale ja kładę płótno na kolanach, bo moja technika tworzenia jest być może nietypowa. Na płótno rzucam, na przykład, papierowe pogniecione serwetki, wylewam farbę wprost z puszki i dopiero potem chwytam pędzel.

Przyznaję, że wychodzi z tego ciekawa struktura.

- Dziękuję. Tak więc tworzę na siedząco, bo serwetki po prostu pospadałyby z tego płótna ze sztalug. Ale mówiąc poważnie, gdy maluję wprost na ziemi, wydaje mi się, ze mam większą kontrolę co się dzieje na płótnie i łatwiej mi odkryć jego duszę...

Przepraszam, ale muszę o to zapytać. Jesteś młodą osóbką, na dorobku, czy stać cię na luksus malowania? Farby, pędzle i płótna są dość drogie...

- To prawda. Ale w specjalistycznych sklepach dla artystów kupuję jedynie płótno. Zaś farby, pędzle, glinę... w sklepach z narzędziami, materiałami budowlanymi i niezbędnymi do remontów domów. Wychodzi znacznie taniej!

Widzę, że lubisz abstrakcję...

- To prawda. Nie lubię malowania „fotografii”. Niech każdy bierze z mojego obrazu co mu się żywnie podoba, niech widzi to, co chce. To co czuję w danym momencie. Moje malarstwo podpowiada nastrój, ale nie chcę, aby go narzucało.

Czy masz swoich mistrzów?

- Kocham Salvatore Dali za jego surrealistyczny świat. Wysoko cenię Hosseina Valamanesha, Irańczyka z pochodzenia – malarza z Adelajdy, który też maluje surrealistycznie z powodów kulturowych. W jego ojczystym kraju nie wolno malować człowieka, więc on bardzo sprytnie omija ten religijny zakaz, posługując się fakturą liści, korzeni, kamieni. Bardzo wysoko sobie cenię Lidię Groblicką, za jej „naiwną” ludową grafikę.

To dość szerokie spektrum...

- Bo Adelajda jest taka cudowna. W tej metropolii mieszają się kultury i trendy chyba z całego świata! To w naszym mieście odbywają się najrozmaitsze festiwale, które tę sztukę prezentują. Ja się naprawdę cieszę, że tu mieszkam!

Chwileczkę... Mówisz o tym z takim przejęciem i radością, a ja często słyszę opinie, jaka ta nasza Adelajda „zaściankowa”, że nic tu się nie dzieje... A w ogóle to cała Australia jest do niczego. Tylko Europa albo Stany Zjednoczone się liczą.

- Sztuka europejska jest wspaniała i temu nikt nie zaprzeczy. Ale ja kocham Australię i Adelajdę za to, że tu poznaję różne kultury, które na moich oczach są jeszcze odrębne, ale już mieszają się ze sobą, przenikają się. Ciekawa jestem co z tego wyniknie.

Właściwie jesteś malarką amatorką. A to dlatego, że nie posiadasz dyplomu artysty plastyka. Czy zamierzasz w jakiś sposób uzupełnić swoje wykształcenie w tym kierunku?

- Raczej nie. Chcę malować tak, jak mi w duszy gra, bez żadnych formalnych ograniczeń. Pragnę eksperymentować z różnymi technikami. Malować na drewnie, kamieniu i... falistej blasze. Lubię, akwarelę i obraz olejny, rysunek i piórko. Na swój dyplom wybrałam cykl rysunków przedstawiających... sowę i jej niezwykle formy, właśnie posługując się piórkiem.

Skoro tak mówisz, to nie możesz wystawiać swoich obrazów w prawdziwych galeriach dla „prawdziwych artystów”!

- Nic nie szkodzi. W prestiżowej Greenhill Gallery w North Adelaide podaję artystom wino podczas prawdziwych wernisaży. To również świetny sposób na poznanie artystów, zaznajomienie się z ich sztuką, technikami tworzenia i sposobem patrzenia na świat. Od jednego z nich niedawno się dowiedziałam, jak doskonałym materiałem malarskim może być zwyczajny... atrament, silny pigment, który wydobywa z czerwieni jej głęboką czerwień, a z zieleni zieleń. A pewnego dnia może mnie zaproszą na wystawienie kilku moich prac. Kto wie.

Julia, a jak to było z plakatem do sztuki „Zakciało sie wom Kalwarii”, w reżyserii twojej mamy, wystawianej w ubiegłym roku przez Polski Teatr” Stary” w Adelajdzie? Ten twój plakat, powiem ci szczerze, naprawdę mnie zachwycił.

- „Wzięłam” wszystkie polskie symbole i zestawiłam je ze sobą. Pragnęłam, by plakat prezentował się komediowo, bo ta sztuka Ryszarda Latko była komedią. Pracowałam nad nim kilka dni, coś zamazywałam, coś dorysowywałam... Cieszę się, że się podobał. Z wielką przyjemnością robię tego typu rzeczy dla adelajdzkiej Polonii. Kiedyś zaprojektowałam plakat na zabawę sylwestrową w Centralnym Domu Polskim...

Ocho, widzę tu społecznikowskie geny mamy i taty!

- Przepraszam! Dziadków też! Byli architektami, ale doskonale malowali, fotografowali i rzeźbili!

No, to już wszystko rozumiem. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Lidia Mikołajewska


GALERIA OBRAZÓW JULII BLANKI LESNIEWSKI


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011