Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Artysta w „Kangurowie”

kwiecień 2007

Zbigniew Richard Mazurczak: – Pewna australijska rodzina przyniosła mi fotografię z 1936 roku, na której widniała ich przedwojenna polska posiadłość i poprosiła o namalowanie na tej podstawie obrazu.


Zbigniew Mazurczak w swojej pracowni

Przedwojenna polska posiadłość z... duchami

– By rozpoznać szczegóły rezydencji w ogrodzie – wyjaśnia Zbigniew Mazurczak, znany w Adelaide malarz i rzeźbiarz – obejrzałem zdjęcie pod lupą. I wtedy wśród konarów drzew zauważyłem jakieś plamy. Przyjrzałem się im bliżej i... zmartwiałem. Zobaczyłem bowiem, że plamy są rozwirowane, przezroczyste, chwiejne, jakieś głowy z oczami... Po prostu duchy!

I tak powstała legenda o dobrych duchach tego rodu.

W domu Marii i Zbigniewa Mazurczaków też czuje się dobre duchy. Pełen jest nie tylko wspomnień, także rzeźb, obrazów, ceramiki, zegarów, teatralnych masek z gipsu, luster w pięknych oprawach... Część swego dorobku artysta plastyk zgromadził w ogrodzie. Niektóre rzeźby, płaskorzeźby, obrazy i inne dzieła czekają na ostatni szlif w pracowni, by potem można było je podziwiać nie tylko w domu artysty, ale i na wystawach w Adelaide: w Nexus Gallery, Greenhill Gallery, Adelaide Gallery, Kensington Gallery, czy na Pol-Art w Sydney.

Zbigniew Mazurczak, członek elitarnego The Royal South Australian Society of Arts, wcześniej prezentował swoje prace w Bielsku Białej, Skoczowie, czeskim Cieszynie, na festiwalu w Grazu (Austria). Dziś podziwiamy je nie tylko w adelajdzkich galeriach, przede wszystkim na polskich wystawach i festiwalach sztuki w Adelaide, gdzie są nagradzane i wyróżniane.

– W Polsce byłem medalierem, ceramikiem, rzeźbiarzem – wspomina Zbigniew Mazurczak, absolwent krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, w której studiował pod kierunkiem prof. Mariana Koniecznego. – W Bielsku Białej pozostawiłem swój artystyczny dorobek, rozsiany wśród znajomych, przyjaciół i rodziny. Do Australii przywiozłem niewiele, bo ileż mogłem w bagażach zmieścić? Niektóre medale pamiątkowe z brązu, kilka rzeźb, płaskorzeźb, rysunków i obrazów...

Jak się okazuje, nawet zwykły otwieracz do butelek w wykonaniu pana Zbigniewa jest prawdziwym dziełem sztuki. Świątki, które rzeźbił przed laty w Polsce na zamówienie Cepelii, znajdziemy w niektórych domach w Stanach Zjednoczonych. Po panu Zbigniewie zostały w Polsce projekty rozbudowy miast, za które zdobywał nagrody państwowe, obrazy, rzeźby i rysunki oraz... murale, czyli freski na murach domów.

Małpa na rusztowaniach

Artysta na rusztowaniach, lata siedemdzisiąte w Polsce

Pewnie niektórzy z nas pamiętają czasy, gdy w miastach niektóre szare mury kamienic zdobiły obrazy i reklamy. Niewiele z nich przetrwało do dziś. Reklama się zdeaktualizowała, farba oblazła...

– Dyrekcja zakładu pracy wymyśliła, by przyozdobić 120-metrową ścianę budynku przed którą stanęła fontanna – wspomina pan Zbigniew. - Zaprojektowałem więc radosny obraz pełen słońca i przyrody. Konkurs wygrałem, ale... malować nie było czym. Olimpiada w Moskwie! Więc w całej Polsce nie uświadczysz nawet białej farby! Kupiłem odpowiednie składniki i chałupniczo te farby robiłem. Ależ byłem zwariowany! Żeby jak małpa chodzić po rusztowaniach i malować na wysokości ośmiu metrów!?

Gdy po dwudziestu latach pojechałem do kraju, pierwsze swoje kroki skierowałem do mojego ówczesnego zakładu pracy. - Czy ta ściana jeszcze jest? – spytałem. – Jest, niech pan zobaczy! Pięknie mnie tam ugościli... Frycowe jednak za tę robotę zapłaciłem. Kontrakt za jej wykonanie opiewał na ówczesne 120 tysięcy złotych. Akurat „Solidarność” nastała i zainteresowała się kosztami. Poszli nawet z donosem na milicję, bo „taki plastyk będzie tyle zarabiał!? Nie pozwolimy!” Dyrektor zakładu i sekretarz partii się przestraszyli i w krótkich, żołnierskich słowach zaproponowali: - „trzeba opuścić cenę”. Więc za to malowanie po godzinach pracy, do późnej nocy, za te rusztowania i własną produkcję farb dostałem zaledwie 40 tysięcy. Nie pomogło, że też byłem członkiem „S”. Dziś mam tę satysfakcję, że farba z muru nie poodpadała, bo dobrze ją zrobiłem.

„Bella! Bellissima!”

Artystyczne życie w Australii rozpoczął pan Zbigniew w maju 1982 roku „Weselem” Stanisława Wyspiańskiego, który wystawił Teatr Stary w Adelajdzie. J. S. Ostoja Kotkowski zaprosił Zbigniewa Mazurczaka do współpracy przy tworzeniu scenografii.

Dumą Mazurczaka jest obraz – mozaika ze szkła weneckiego, według projektu Ostoi Kotkowskiego, dla polskiego kościoła na Ottoway, przy tworzeniu której pomagała żona Maria. To bardzo żmudna i pracochłonna robota. Nikt praktycznie nie wierzył, że Mazurczakowie jej podołają. Termin był bardzo krótki, zaledwie trzy miesiące. Nawet Mazurczakowie w pewnym momencie zwątpili... Udało się jednak. Włosi podziwiali: - „bella! bellissima”. Mozaika trafiła też do Polski, informował o tym wydarzeniu dziennik telewizyjny. - Gdy siostra usłyszała moje nazwisko, rozpłakała się po prostu – wspomina pan Zbigniew.

– Jednak w Południowej Australii jestem największym producentem miniatur, herbów i orłów, które sprzedaję na festiwalach w Adelajdzie – mówi Zbigniew Mazurczak. – Tworzę płaskorzeźby polskich orłów - Piastowski, Jagielloński i Młodopolski; rzeźbię orły szkockie, niemieckie, austriackie. Wśród tych nacji nie brakuje hobbystów zbieraczy, którzy tego typu miniatury chętnie kolekcjonują.

Dużo satysfakcji przyniosło mi wykonanie miniatury herbu polskiego z 1034 roku. Tę pracę wykonałem na zamówienie potomka polskiego rycerza, który brał udział w wojnie ówczesnych Hiszpanów z Arabami. W tej wojnie, na prośbę papieża, uczestniczyło 300 polskich rycerzy. Wśród nich był właśnie przodek mojego klienta, który w nagrodę za męstwo otrzymał prawa do własnego herbu, który przetrwał w rodzinie do dziś (zdjęcie obok).

Dużym powodzeniem wśród Australijczyków cieszą się także zegary w drewnianej, rzeźbionej obudowie, takież ramy do luster, rzeźby z korzenia, jezusiki frasobliwe, madonny i amorki, w których gustują przede wszystkim Włosi.

Zbigniew Mazurczak rzeźbi nie tylko w granicie, piaskowcu, glinie i w drewnie, także w febreglassie. Jest to tworzywo żywiczne, bardzo trwałe, praktycznie nie do zdarcia. Rzeźby wykonane z bardzo miękkiego talcstone wyglądają jak alabastrowe. Na Dożynkach w Adelajdzie po raz pierwszy wystawił płaskorzeźby z brązu.

Jego twórczość jest nowoczesna, pełna fantazji, ale widać w niej również wpływy greckie, rzymskie i ludowe polskie – rubaszne i dosadne. Australijczycy lubią i nagradzają jego realizm. Przyjaciele zachwycają się czytelną abstrakcją dzieł i chętnie kupują obrazy do swoich domów albo zamawiają rozmaite rzeźby, kominki z piaskowca i inne, bo Zbigniew Mazurczak jest artystą nadzwyczaj płodnym.

Z siekierką i dłutkiem

Zbigniew Mazurczak zrobił swego czasu karierę artystyczną w Polsce, ale wyemigrował. Czy żałuje przyjazdu do Australii?

– Nie oglądam się za siebie, nie rozpamiętuję – mówi. – Nie myślę też, co by było gdyby... Gdy kilka lat temu byłem w Polsce, zauważyłem, że nowe pokolenie robi karierę i pieniądze sprzedając swoje obrazy po 25 tysięcy – 30 tysięcy dolarów w Holandii czy w Niemczech. Pozostawiłem i takich przyjaciół, którzy stoczyli się na samo dno. W której grupie ja bym się znalazł? A kto to wie? Sądzę jednak, że w swoim Bielsku Białej nadal miałbym coś do powiedzenia, dzięki kredytowi zaufania jakim mnie tam obdarzyli i wciąż pamiętają.

Do Australii wybrałem się przez Austrię wraz z żoną, synami Arturem i Radkiem, jedną siekierką i jednym dłutkiem do pracy. W czasie ośmiu miesięcy oczekiwania na wizę do Australii rzeźbiłem pewnemu Austriakowi kolby do broni myśliwskiej. Wzory czerpałem ze 150-letniej księgi myśliwskiej. Jeden obrazek na kolbie rzeźbiłem przez tydzień. Bardzo krótko! Austriak chwalił moją robotę, pokazywał sąsiadom, i tak im się to spodobało, że proponowali pozostanie w tym kraju. – „Nie jedź do Kangurowa” – mówili.

Ale pan Zbigniew przyjechał. Australia też go doceniła. – Mam mnóstwo planów i projektów, które czekają na realizację – mówi artysta. – Kiedy zdołam to wszystko wykonać? Doprawdy nie wiem.

Po nauki do Mazurczaka

Australijczycy chętnie uczą się sztuki rzeźby, rysunku, malarstwa u artystów. Pragną swoje hobbystyczne dokonania pozostawić potomnym, obdarować nimi przyjaciół. Ich prace są często reprodukowane na australijskich pocztówkach i kartkach okolicznościowych, na przykład z okazji świąt.

Zbigniew Mazurczak także dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem z amatorami sztuki rzeźbiarskiej. Kilka lat temu znany australijski snycerz Ken Vear zaproponował, by w jego studio uczył tej sztuki wszystkich chętnych. Była wśród nich uczennica, która rzeźbiła kobiety ze swoich snów – z rozwianymi włosami. Pod kierunkiem polskiego artysty rzeźbią na przykład postacie swoich bliskich – dzieci, wnuków, przyjaciół... To wszystko co im w duszy gra „zapisują” w glinie, gipsie, febreglassie, w drewnie. A potem zapraszają na wystawę swoich prac znajomych i przyjaciół.

Zbigniew Mazurczak otworzył właśnie swoją własną klasę rzeźby w elitarnej dzielnicy Adelaide, w St. Peters. - Warto się tej sztuki uczyć! - zapewnia. - Ludzie nawet nie wiedzą, jakie drzemią w nich talenty! Rzeźbienie wcale nie jest trudne, zwłaszcza w miękkich materiałach. Każdy, nawet bez specjalnego przygotowania plastycznego, może się tym zająć i mieć z tego hobby dużo radości i satysfakcji. W czasie lekcji rzeźby zapewniam wszystkie potrzebne do tego materiały: glinę, gips, drewno oraz jeleton. Jeleton, to drewno sprowadzane z Malezji, miękkie jak żółty ser, bez sęków. Rzeźbi się w nim bardzo łatwo, łatwiej niż w polskiej lipie. To wielka atrakcja dla nowicjuszy.

Wszystkich zainteresowanych zapraszamy więc do studia Zbigniewa Mazurczaka przy 135 Payneham Rd.

Lidia Mikołajewska


GALERIA OBRAZÓW


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011