Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Piórem, Pędzlem i...

Druga młodość pięćdziesięciolatka z plusem

Przegląd Australijski, październik 2006

Ewa Leśniewska, reżyser w Polskim Teatrze Starym w Adelaide: – W pierwszych słowach mojego listu oświadczam pani/panu, że pracujemy „con amore”, czyli z miłości, i nie płacimy tantiem ani gaż...


(Od lewej) Marek Kobyłecki (drugi reżyser), Ewa Leśniewska i Andrzej Munk (prezes Teatru)

Sympatycy i widzowie Polskiego Teatru Starego w Adelaide na ogół wiedzą, że jeśli nie obejrzą sztuki w ściśle określonym terminie, a zawsze jest to któraś sobota i niedziela w roku, to nie zobaczą jej być może wcale. Tymczasem ostatnie przedstawienie zatytułowane „Dobry adres” Władysława Zawistowskiego i wyreżyserowane przez Ewę Leśniewską, które miało swoją premierę 22 maja, mamy szansę obejrzeć ponownie już 21 i 22 października, czyli po raz trzeci i czwarty!?

– Jest to faktycznie wydarzenie wyjątkowe, bo przeważnie nasz teatr wystawia sztukę lub jakiekolwiek przedstawienie słowno-muzyczne raz na rok – mówi Ewa Leśniewska. – W tym roku postanowiliśmy, że będzie inaczej i po niemal 6 miesiącach przerwy powtarzamy „Dobry adres”. Jest to współczesna sztuka Władysława Zawistowskiego, która łączy trochę historii, trochę śmiechu, trochę łez... Dostarcza widzowi wzruszenia, jest dowcipna i świetnie przedstawia młode pokolenie Polaków. Premierę mieliśmy udaną, bo prawie wszystkie krzesła były zajęte, a to jest wielka radość także dla naszego kierownika finansowego. Drugie przedstawienie również dobrze sie sprzedało. No i „dzieci” – jak nazywam nasz zespół – strasznie chcą grać! Nogami przebierają i pytają, czy możemy zrobić następne przedstawienie? Chociaż... jest grupa osób, która sądzi, że to na pewno nie wypali, że niewielu widzów teraz przyjdzie. A aktorom okropnie źle się gra, kiedy na sali jest mniej widzów, niż artystów na scenie. To musi być wzajemny kontakt! Aktora i widza. Kiedyś bardzo dawno, ponad dwadzieścia lat temu, gdy przyjechałam do Południowej Australii, napisałam tekst o Polskim Teatrze w Adelaide (dziś Polski Teatr Stary). W recenzji oceniłam, że entuzjazm i chęć grania artystów jest tak wielka, że graliby nawet dla jednego widza! I święcie w to wierzyłam! W momencie kiedy zaczęłam ściślej współpracować z tym teatrem, okazało się, że temperatura między aktorem i widzem jest niesamowicie ważna i aktor nie potrafi grać dla jednego widza. Rozkwita talentem dopiero przy wypełnionej po brzegi sali.

Tak więc „Dobry adres” zobaczymy ponownie, chociaż – jak słyszę – nie wszystkim to się podoba?

– Jedni mówią tak: – kolejne granie nie ma sensu, bo nikt po raz drugi albo trzeci na przedstawienie nie przyjdzie; Polonia w Adelaide jest t za mała, że nie ma zwyczaju chodzenia do teatru. To jest grupa ostrożnych ludzi którzy nie lubią ryzyka. Druga grupa wręcz przeciwnie: – nie macie racji – powiadają, – bo są nowi widzowie, dorosło nowe pokolenie i nowe przyjechało. Sztuka jest świetna, świetnie się nam gra. Widzowie w jakiś sposób identyfikują się z granymi postaciami, pamiętają swoją przeszłość. To jest grupa, która wierzy w kulturalne potrzeby Polonii i krzyczy „musimy zagrać jeszcze raz”. To oni właśnie przegłosowali tych ostrożnych. Ryzykujemy i gramy jeszcze raz, bo bardzo nam się chce. Kiedy obchodziliśmy nasze 45 lecie właśnie taki tytuł daliśmy naszemu programowi „45 lat a nam się ciągle jeszcze chce”.

Niedawno stuknęła wam pięćdziesiątka, stanowicie najstarszy na świecie teatr polonijny, weszliście w kolejne półwiecze, ale wszyscy w Adelaide mówią, że jesteście coraz młodsi!

– Jest to rzecz absolutnie przedziwna i nie wiem komu należy dziękować...

Może sobie samym?

– W latach 80-tych ubiegłego wieku przyjechała grupa 20-, 30-latków. Wśród nich było kilku prawdziwych aktorów z dyplomami, byli wśród nas i tacy, którzy interesowali się teatrem albo bardzo chcieli w teatrze pracować. No cóż, upłynęło dwadzieścia parę lat, dorośliśmy do pięćdziesiątki, sześćdziesiątki i dlatego już wiemy, że nie zagramy ponownie w tym samym składzie „Ślubów panieńskich”. Ale nadal trzymamy się czerstwo i zdrowo. Być może tym entuzjazmem zarażamy innych, bo... po naszym jubileuszu do teatru zastukało kilka osób młodych , którzy do tej pory byli widzami i zapytali jak się do nas zapisać?

No właśnie. Jak?

U nas nie ma zapisów. Mówię zawsze tak: – przyjdź, zobacz, jeżeli chcesz – zostań. Jeśli chodzi o reklamę to nie ukrywam, że bardzo nam pomogła nasza strona internetowa na Australinku (niech żyje Australink!). Dzięki niej wszyscy zainteresowani piszą do nas e-maile, my odpowiadamy i zapraszamy w każdą środę o godzinie 7.30 wieczorem do sali prób na tyłach Domu Kopernika. Poza tym działa poczta pantoflowa, łańcuszek dobrej woli. Ktoś powie: – jestem w teatrze, może byś też przyszedł? I tak się dzieje! W ten sposób średnia wieku bardzo się obniżyła, jesteśmy gdzieś tak w okolicach trzydziestki piątki. A wracając do Australinku, to właśnie dzięki niemu znalazł nas aktor z Polski...

...to ciekawe...

Zespół Polskiego Teatru Starego w Adelaide

... napisał, że pragnie do Adelaide przyjechać i grać. Potrafi zaśpiewać, zatańczyć, jego CV było naprawdę piękne. Odpisałam bardzo szczerze, że jesteśmy teatrem amatorskim, że jeśli chodzi o zatrudnienie, to my nie jesteśmy w stanie i nie mamy takich możliwości. Byłoby pięknie, gdyby tu przyjechał na wakacje i podzielił się z nami swoim doświadczeniem i wiedzą, udzielił rad i wskazówek. A jeśli chodzi o sytuację aktora w Australii, to podałam mu dwa nazwiska – Bogdana Kocy* i Wojtka Pisarka, którzy przyjechali z Polski i zaistnieli w teatrze australijskim, są cenionymi reżyserami. Ale to są wyjątki. Jeśli chodzi o aktorów tutaj – to jak wszędzie obowiązują castingi. Znajomość języka angielskiego jest niesamowicie ważna! Podałam mu przykład Gosi Dobrowolskiej**, świetnej aktorki, która jednak najczęściej grała cudzoziemki. Krótko mówiąc napisałam mu taki serdeczny list, że jest nam miło, proszę nie tracić z nami kontaktu, i w ogóle co u niego słychać?

I co słychać?

Już nie napisał, zamilkł... A my nie możemy niczego obiecywać, gdyby ktoś zaproponował nam dziś swoją sztukę do grania, albo swój udział w spektaklu, to na początku odpowiedziałabym tak: – W pierwszych słowach mojego listu oświadczam pani/panu, że pracujemy „con amore”, czyli z miłości, i nie płacimy tantiem, a aktorom nie płacimy gaż... Narazie wszyscy dramatopisarze, do których się zwracamy o pozwolenie na granie ich sztuk to rozumieją i w archiwum teatru mamy miłe listy od Romana Brandstaettera, Krystyny Kofty czy Władyslawa Zawistowskiego

Pewnie miło ci było, gdy zobaczyłaś w Przedmowie książki pana Wojtyszko...

– Och! To było niesamowite! Kontakt z panem Maciejem Wojtyszko utrzymujemy od kilku lat. W roku 2000 zamarzyło nam się zagrać jego komedię pt. „Żelazna konstrukcja”, więc napisałam do niego w tej sprawie list, a on od razu odpisał, że „tak, proszę wziąć moją sztukę”. Maciej Wojtyszko to bardzo mądry i jeden z najlepszych i najbardziej popularnych polskich dramaturgów. Ostatnio wydał zbiór swoich dramatów pt. „Grzechy starości”. W swojej przedmowie obok polskich i zagranicznych scen, które wystawiały jego twórczość, wymienia również „emigracyjny Polski Teatr Stary w Adelajdzie!”. Zrobiło mi się ogromnie miło. I cały nasz zespół ucieszył się ogromnie z tego, że i w Polsce, ktoś o nas będzie wiedział. Ale prawdziwego wzruszenia doznaliśmy, gdy na nasze 50-lecie przysłał nam wiersz* napisany specjalnie z tej to okazji.

Teraz zapytać muszę, czy ten piękny, młody i dowartościowany zespół będzie miał co grać w następnym pięćdziesięcioleciu?

– Ooooo tak! Zespół ma co grać! Przyznaję, że toczymy od pewnego czasu delikatne dyskusje na ten temat. Są – jak zwykle – dwie szkoły. Ta pierwsza, powiedzmy postępowa, mówi, że powinniśmy grać po angielsku, wystawiać sztuki także autorów zagranicznych. Druga zaś, ta konserwatywna powiedzmy, uważa, że powinniśmy grać wyłącznie po polsku, bo jest to teatr polski dla Polonii i naszym głównym celem powinno być podtrzymywanie języka polskiego. Mówiąc nieco górnolotnie, powinniśmy upowszechniać kulturę, literaturę i dramaturgię polską na ziemi australijskiej i nieść „oświaty kaganek” jak za poetą powtarza nasza koleżanka Jola Ratuszyńska. Nie wiem, jak będzie za pięćdziesiąt lat, ale myślę, że na tzw. dzień dzisiejszy będziemy grać po polsku i wystawiać polskich autorów. Polska dramaturgia dla mnie osobiście jest skarbnicą bez dna. Dla niektórych liczy się tylko Wyspiański albo Fredro...

A ty lubisz współczesnych autorów?

– Oczywiście, że lubię współczesny teatr, ale wydaje mi się, że „płodozmian” w teatrze jest bardzo ważny. Graliśmy „Teatr amatorski” Bałuckiego, który jest sztuką z początku XX wieku, graliśmy Fredrę i Zapolską, a także Mrożka, a teraz Zawistowskiego. Zdradzę, że w tej chwili przygotowujemy się do sztuki, także współczesnej, ale już wkrótce na scenie znów będzie klasyka, bo mamy to w programie. Wydaje mi się, że jeśli nawet powtarzamy pewne tytuły, bo kilka razy teatr wystawiał „Zemstę”, kilka razy grał „Moralność pani Dulskiej”... to nie szkodzi! Po dwudziestu latach inaczej się na tę sztukę patrzy, poza tym ktoś inny gra, ktoś inny reżyseruje... więc nie jest to złe. Sadzę, że nam – widzom – należy pokazywać rozmaitych autorów i różne spojrzenia na życie. Może nie każdy zdaje sobie sprawę, że z polską sztuką współczesną nie jest łatwo. Dramaturgia polska idzie w kierunku teatru awangardowego, abstrakcji, która na naszym gruncie nie będzie najlepiej przyjęta. A ponadto wiemy, że nie podołamy aktorsko, ponieważ jesteśmy tylko amatorami, a nawet najzdolniejsi amatorzy nie opanowali i nie znają rozmaitych technik aktorskich. Również dla widza, który nie jest przygotowany, nie wyrasta na teatrze eksperymentalnym, nie obcuje z nim – odbiór może być trudny. A zatem szukamy sztuk, które mają fabułę, które mają wstęp – rozwinięcie – zakończenie, i które niosą coś ze sobą, mają tzw. morał czy przesłanie. Choć nie wszystkie muszą mieć morał, bo nie jesteśmy teatrem moralizatorskim czy ściśle edukacyjnym. Ale chcemy zachować polskość, zachować polskie poczucie humoru, wartości, które są charakterystyczne dla naszego społeczeństwa. Poza tym chcemy przypomnieć, ze polski teatr nie zaczyna się i kończy na Wyspiańskim, Zapolskiej i Fredrze... że są jeszcze inni.

Polskim czytelnikom możemy chyba też powiedzieć, że nie tylko z odpowiednim doborem repertuaru jest trudno, ale i z finansami na przykład?

– Kiedy przygotowujemy przedstawienie, musimy również myśleć o tym, że tą naszą pracą zarabiamy pieniądze na wypożyczenie sali, na kostiumy, kosmetyki do charakteryzacji, na rekwizyty i scenografię. Bilety są po 15 dolarów. Z ich sprzedaży finansujemy kolejną premierę. Ktoś mi niedawno powiedział: – przed laty bilety kosztowały tylko 2 dolary! Ja na to: – ma pan rację, ale to było w ubiegłym wieku!

I pytają też o... pączki! Będą tym razem?

– Będą! Przecież to nasz zwyczaj, że w foyer podczas antraktu jemy pyszne pączki. Jest też kawa i herbata, po prostu otwieramy teatralny bufet. Ale może nie wszyscy jeszcze wiedzą, ze urządzamy też kiermasz polskiej książki, którą sprzedajemy naprawdę tanio. Te książki otrzymujemy przeważnie w wielkich paczkach od rodzin osób, które już odeszły. Co z tym zrobić? Powiedziałam, że to przecież majątek narodowy, nie może się zmarnować. Niech trafiają więc w dobre ręce, niech będą czytane...

Serdecznie dziękuję za rozmowę. Wiem, że jesteś osobą niezwykle zajętą, bo pracujesz zawodowo i społecznie nie tylko w teatrze, ale i w radiu...

– Wraz zespołem z teatralnym przygotowuję właśnie listopadową audycję radiową, która jest nadawana ze stacji PBA FM u pana Jerzego Dudzińskiego. Potem, również w listopadzie, spotkamy się z członkami i sympatykami Polskiego Towarzystwa Kulturalnego, żeby przedstawić nie tylko teatr, ale i 15-minutowy reportaż o naszej pracy przygotowany dla TVN przez Tomka Wilińskiego. Na tym spotkaniu w Centralnym Domu Polskim, które jak zwykle poprowadzi pan Wacław Jędrzejczak, artyści zaprodukują się na żywo. W grudniu zaś jesteśmy zaproszeni przez panią Krystynę Misiak, do udziału w spotkaniu z okazji 25-lecia stanu wojennego. Mimo, że przez najbliższe dwa miesiące tego roku jesteśmy naprawdę zajęci, to nasz zespół aktorski nie może doczekać się, by zacząć prace nad kolejną sztukę.

Jaka to sztuka?

Takiej, jakiej jeszcze w Adelaide nie było! Właśnie dostałam wiadomość od współczesnego autora polskiego, że gratis ofiarowuje nam swoją komedię. Zdradzę, że to współczesna komedia wiejska tylko dla dorosłych. Zagra w niej dziewięć osób. Już dziś zapraszam na premierę.

Która odbędzie się...

Nie chcę podawać wiążących terminów. Przygotowanie niemal każdej premiery zajmuje nam około 9 miesięcy mozolnej pracy. Po 9 miesiącach rodzi się dziecko – jak powiada Marian Gawęda, który związany jest ze „Starym” od przeszło 40 lat. Ale kto wie, może tym razem będzie to wcześniak?

Maciej Wojtyszko z okazji Jubileuszu Polskiego Teatru Starego w Adelaide:

„Szanowna Pani,
w załączniku wierszyk ułożony specjalnie z okazji Waszego Święta. Z radością, że wystawiliście „Żelazną konstrukcję” i z podziękowaniem za pamięć.”

Co może zrobić zdolny Polak
gdy tak daleko w życiu zajdzie
że, zamiast po ojczystych polach,
chadza po mieście Adelajdzie?

Jak widać można zrobić teatr,
choć pomysł nie jest oczywisty,
bo teatr to jest straszny kierat
a język trudny choć ojczysty...

Lecz zdolny Polak, choć nie traci
ani nadziei, ani wiary,
swój teatr nazwie jak należy,
czyli od razu – Teatr Stary.

Skoro już macie jubileusz,
skromne marzenie wyznać chcę tu:
wkoło niech będzie jak najwięcej,
w teatrze jak najmniej postępu.

Niech tradycyjnie dobry teatr
robią porządnie zdolni ludzie.
Niech widz – jak zawsze – ma swe święto
i na to święto chętnie pójdzie.

Niech się rozbawi i ucieszy,
i niechaj go przygoda spotka,
i niech odnajdzie w sobie dobro,
a także piękno – tak od środka.

Niech myśl się żywsza w nim obudzi,
niech coś zrozumie, coś potępi,
a teatr niech nie pędzi naprzód,
tylko z uporem patrzy głębiej.

Nastrój niech złączy wszystkich w sali –
stan oświecenia, nawet łaski,
a dusz komunii niech nie przerwą
reklamy mydła lub podpaski.

Niech będzie radość i przymierze,
i niech się czas radośnie plecie,
i niech Wam w dobrym zdrowiu minie
kolejne pięćdziesięciolecie.

I choć tam rafy, krokodyle,
kangurów moc za każdym krzakiem,
do Polski będzie coraz bliżej,
bo gdy ktoś rodzi się Polakiem
umie tęsknotę leczyć sztuką
i tym sposobem, choć w rozterce,
da sobie jakoś w życiu radę
bo ma w zapasie – drugie serce.

* Bogdan Koca to aktor, reżyser, pisarz, kompozytor. W 1975 roku ukończył Akademię Teatralną w Warszawie. Do Australii przyjechał w 1982 roku. Wyreżyserował wiele przedstawień teatralnych, w tym „Hamleta” Szekspira i „Ślub” Gombrowicza na Adelaide Festival of Arts w 1986 roku, a także „Splendid's” Jeana Geheta dla Belvoir Street Theatre w 1995 roku. W 1989 r. został nominowany do Australian Film Institute Award w kategorii Najlepszy Aktor Drugoplanowy za rolę w „Ghosts...Of The Civil Dead”. Jego dorobek jako dramaturga obejmuje „Prelude to Joyce's Artist”, „Northwest of Cusco” i „The Poet”. Jego sztuka „My Name Is Such And Such” otrzymała Sydney Critic's Circle Award w 1993 r. i była nominowana do Green Room Award w Melbourne w 1994 roku.

W 1997 r. Koca założył Sydney Art Theatre i jako jego dyrektor artystyczny wyreżyserował wiele spektakli, m.in. „Under Milk Wood”, „Antygonę”, „Makbeta” i „Śmierć w Wenecji”. Ostatnio Koca wystąpił jako Solony w „Trzech Siostrach” Sydney Theatre Company i profesor Kurman w „Biography: A Game” Sydney Art Theatre.

** Gosia Dobrowolska

„Nie wolno się bać” – fragment rozmowy Dominiki Cosic z „Dziennika Polskiego” z Gosią Dobrowolską

Wyjechała Pani do Australii kilkanaście lat temu. Co się okazało najtrudniejsze w nowym życiu?

– Obcość wszystkiego. Po przyjeździe do Australii czułam kompletną obcość. Znalazłam się na najbardziej oddalonym kontynencie i wszystko mi było totalnie obce, począwszy od powietrza i natury, bo tam nawet powietrze inaczej pachnie. To był dla mnie szok. Bałam się, że nie znajdę tam niczego dla siebie. Ale człowiek się potrafi do wszystkiego przyzwyczaić, z biegiem czasu poczułam się więc, jak u siebie.

Nie każdy jednak potrafi poczuć się na emigracji na tyle dobrze, by móc zrobić karierę, zaistnieć zawodowo. Jak Pani sądzi, dlaczego Pani udało się odnieść sukces zawodowy?

– To przestawienie się jest faktycznie bardzo trudne. Słyszałam o wielu tragediach ludzi, którzy nie potrafili się odnaleźć. O zdolnych reżyserach, aktorach, w Polsce odnoszących triumfy, a na emigracji kompletnie zagubionych. Nie mam recepty na sukces. To chyba wiara w to, co się chce robić. Strach jest najgorszy. Nie wolno się bać. Jeżeli rozmawiając z kimś, od kogo zależy moja kariera, okażę strach, to ten ktoś będzie się bał mnie zatrudnić. Gdy dostałam moją pierwszą rolę, praktycznie w ogóle nie mówiłam po angielsku. To była główna rola w teatrze, w „Bachantkach” Eurypidesa. Miałam jednak taką pasję w sobie, taką wiarę w siebie, że gdy reżyser spytał: – „poradzisz sobie?”, odparłam, że tak, naturalnie, dam sobie radę.

Jak się gra w nieznanym języku?

– To była bardzo mozolna praca. Najpierw w słowniku szukałam słowa po słowie, tłumaczyłam sobie cały tekst. Chciałam przecież wiedzieć, co będę grać, mówić. Potem poprosiłam znajomego, by mi to wszystko wyraźnie, powoli przeczytał i nagrał na taśmie, bez interpretowania. W ten sposób potrafiłam prawidłowo wymówić każde słowo. Ostatnim etapem była praca nad rolą, jej interpretacją. Najtrudniejszy jednak był ten słownik. Dostałam potem wspaniałe recenzje, wszyscy myśleli, ze jestem Australijką, która... tak fenomenalnie imituje obcy akcent. Dzięki temu spektaklowi dostałam rolę w „Silver City”, filmie o powojennej emigracji w Australii. Bohaterzy to Polacy. Najpierw mieli ich grać Australijczycy. Ponieważ jednak pojawiła się wtedy nowa polska emigracja, producent zmienił plan. Odpadłam po pierwszym przesłuchaniu z powodu nieznajomości języka. Potem jednak producent zobaczył mnie we wspomnianej roli w teatrze. Reżyserce odpowiadała moja twarz, słowiański typ urody. Na ponownych zdjęciach próbnych przetestowali mnie od „a” do „zet”. I dostałam rolę, mimo że była ona przeznaczona dla innej aktorki i musiano zerwać z nią kontrakt.

Nie przeżyła Pani nigdy momentu załamania, zwątpienia?

– Był taki okres kryzysu. Zmęczyło mnie bycie aktorką, która tylko czeka na dalsze propozycje, siedząc przy telefonie. Chciałam się bardziej uniezależnić. Poczułam, że za mało decyduję o sobie – poczułam, że jestem w ślepym zaułku. Jestem z natury aktywna i samodzielna. Musiałam więc zacząć coś robić. Podjęłam pierwsze próby pisania scenariuszy, nic z tego jednak wówczas nie wyszło. Zaczęłam uczyć w szkole filmowej. Zaczęłam reżyserować w teatrze, zrobiłam kostiumy do filmu fabularnego – od projektu po wykonanie. Poczułam się o wiele lepiej. I napisałam teraz pierwszy scenariusz, który został zaakceptowany, a który mam zamiar wyreżyserować w przyszłym roku. Będzie to historia bardzo współczesna, związana z konsekwencjami wojny w Jugosławii. Akcja będzie się toczyć jednak tylko w Australii.


Lidia Mikołajewska


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011