Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Światła i cienie

styczeń 2008

To było chyba dziesięć lat temu, gdy Stefan namalował swój pierwszy obrazek – łódkę na wodzie. I tak to się zaczęło...


Autoportret

– Stefan wraca z pracy do domu, bierze dwa potężne psy na spacer, wraca po kilku godzinach i siada do malowania – mówi Maryla Zarębska. – Maluje po kilka godzin, czasem grubo po północy odstawia obraz i idzie spać, bo o szóstej rano trzeba wstawać. To było chyba dziesięć lat temu, gdy Stefan namalował swój pierwszy obrazek – łódkę na wodzie. I tak to się zaczęło...

Państwo Maryla i Stefan Zarębscy przyjechali z Torunia do Adelajdy piętnaście lat temu. On – technik budowlany i hydraulik, ona pielęgniarka.

– Ale pracy w swoim zawodzie nie udało mi się wtedy dostać – mówi Stefan. – Zatrudniłem się więc w magazynie. Gdy magazyn splajtował i trafił w prywatne ręce, straciłem tę posadę. Zatrudniono mnie jednak jako kierowcę i do dziś pracuję w tym zawodzie. Świetna praca, ale nie znam dnia i godziny. Wychodzę z domu raniutko i bywa, że wracam bardzo późnym wieczorem albo nocą. Na malowanie zostaje naprawdę mało czasu, najczęściej soboty i niedziele. Chociaż... Zawsze wożę ze sobą szkicownik i odpowiednie ołówki. Szkicuję miasto i ludzi, których spotykam na przykład przy kawiarnianym stoliku.

Trudno mi uwierzyć, że Stefan nie ma czasu na malowanie, bo ściany domu państwa Zarębskich są nimi obwieszone do granic możliwości. A ile jeszcze nie dokończonych prac po kątach stoi! Pewnie dlatego Stefan wybudował sobie w ogrodzie atelier. Domek solidny i – podobnie jak wiele obrazów – też jeszcze niedokończony. W tym atelier jest obraz wielkich rozmiarów, o którym wcześniej z zachwytem opowiadali mi nasi wspólni znajomi – Jola i Wojtek Koczwara.

Salon Odrzuconych

Chyba tylko w ten sposób można ten obraz zatytułować: Salon Odrzuconych.

– Odmówiono mi niegdyś przyjęcia w poczet członków The Royal South Australian Society of Arts. Nie zakwalifikowałem się, choć niepotrzebne są tam świadectwa ukończenia szkół plastycznych. Wielka szkoda, bo miałbym okazję do spotkań z wybitnymi malarzami, od których niejednego bym się nauczył. Ja tych artystów bardzo wysoko cenię i podziwiam. Pewnie jakiś uraz we mnie pozostał, więc maluję ten Salon wyrażając w ten sposób swój żal.

W tle obrazu znany w Adelajdzie zabytkowy budynek RSASA, zbudowany specjalnie dla tego stowarzyszenia ponad sto lat temu. Po jego przeciwnej stronie – na piedestale – dumna postać rozdzielająca „łaskę” przyjęcia. Cały obraz wypełniają tłumy odrzuconych artystów i ich obrazów – nagich, skromnie odzianych, biednych, wyczekujących na przyjazny i życzliwy gest...

Stefan jest malarzem amatorem, więc wciąż się dokształca czytając specjalistyczne książki, skoro na spotkania z prawdziwymi artystami liczyć nie może. – Najważniejszym dla mnie odkryciem było poznanie zasady malowania światła i cienia. Wcześniej malowałem na wyczucie, teraz – gdy wiem jak bardzo ważne w obrazie jest światło – nanoszę olejne farby na płótno z pełną świadomością. Sprawia mi to wielką frajdę. Tworzę tak, jak potrafię. Kiedyś spróbowałem malować zgodnie z książkowymi zaleceniami, ale nic mi z tego nie wyszło. Pocieszam się, że studenci w akademiach też rysują, malują i rzeźbią tak, jak im w duszy gra, a nie jak profesor każe. Z przyjemnością rozdaję te swoje obrazy przyjaciołom i znajomym.

A co Maryla na to mężowskie hobby?

– Nic nie mówię, bo jaki miałoby to sens? – odpowiada pytaniem na pytanie. – Niech Stefan rysuje i maluje. Nie szkodzi, że tyle w domu i ogrodzie jest do zrobienia...

To nie są grzeczne słowa dobrej żony, której wydaje się, że tak właśnie należy odpowiedzieć. To Maryla właśnie wyciągnęła z zakamarków pierwszy obraz jaki Stefan namalował i szkicownik z jego rysunkami. Jest dumna, gdy opowiada o tym, jak podarowała jeden z obrazów swojej australijskiej koleżance w dniu jej ślubu. Teraz ona przy każdej okazji podkreśla jak ten obraz podoba się jej i jej znajomym. Wisi na honorowym miejscu i wszyscy go podziwiają. To był najlepszy prezent, jaki w tym dniu dostała.

– Przyznam nieskromnie, że było to udane dzieło – dodaje Stefan. – A ja nie ze wszystkich jestem zadowolony. Dlatego te mniej udane odstawiam na jakiś czas, by do nich powrócić i poprawić. Dlatego tych obrazów tak dużo po kątach leży – śmieje się.

Stefan Zarębski najchętniej maluje pejzaże. Zdarza mu się również namalować portret znajomego albo przyjaciela, choć mówi, że to dla niego najtrudniejsze. Zapraszam do galerii jego obrazów.

Lidia Mikołajewska


GALERIA OBRAZÓW STEFANA ZARĘBSKIEGO


Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011