Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Tajemnica Wiszącej Skały


Tajemnica Wiszącej Skały (3)


Góry mają dziwną właściwość niesamowitego przyciągania. Jest to powszechne przekonanie i każdy, kto choć raz „zażył” gór, po prostu musi do nich powracać. I nie tylko niebotyczne skaliste turnie, budzące zapierający dech w piersiach zachwyt i grozę, ale również niskie pagórki, łyse lub zalesione oraz pojedyncze skałki. Każde góry, we wszystkich częściach świata są jak silny narkotyk, który raz zażyty nie wypuszcza ze swych objęć człowieka. Jest to coś, co niektórzy nazywają „Duchem Gór”. Jak blisko są prawdy, dowiemy się z dalszych części książki.

Ten „Duch Gór” jest wspólnym mianownikiem dla wszystkich gór na świecie. Ten sam dziwny nastrój odczuwałem w Polsce, w Górach Świętokrzyskich, w Beskidach, Tatrach, Pieninach i Karkonoszach, w Alpach Bawarskich, w północnej części Bawarii, w austriackim przełomie Dunaju i na koniec w Australii. O tym samym mówił mi niestrudzony turysta górski i niespokojny duch australijskiej Polonii, Janusz Rygielski, który całe swoje życie poświęcił górom. O tym samym pisze w swoich książkach polski globtroter Roman Warszewski, zakochany bez reszty w Andach. To samo mówią mi przyjaciele mieszkający w okolicach Gór Skalistych w Ameryce i Kanadzie. Udowadniają to ludzie, którym los odebrał nogi, a mimo to próbują pokonywać górskie szlaki na wózku inwalidzkim. Taka jest siła gór. Himalaje to osobna historia i jeszcze silniejszy narkotyk, bo jest tam wiele miejsc uznanych za święte, między innymi właśnie ze względu na dziwny nastrój oraz dziwne rzeczy, które tam się dzieją.

(...)

O niezwykle żywych i realistycznych „halucynacjach” pisze Roman Warszewski w swojej relacji ze szczytów Andów. Wprawdzie on i jego ekipa żuli kokę indiańskim zwyczajem – do czego autor się lojalnie przyznaje – ale fakt, że wszyscy, którzy dotarli do celu widzieli to samo świadczy, że zjawisko musiało być realne. Przywieziony przez nich materiał zdjęciowy rzeczywiście ukazuje przedziwne formacje skalne, jak gdyby rzeźbione ręką ludzką postacie ludzi, zwierząt i nieziemskich stworów, które w dodatku zmieniały co chwilę swoje kształty, co sprawiało wrażenie ruchu. Podobne zjawisko widziałem kilkakrotnie podczas pobytu na Wyspie Magnetycznej, czyli praktycznie będąc na poziomie morza, bez żadnych środków pobudzających. Oczywiście przedziwne kształty przypominające olbrzymie żółwie, ryby, ptaki, ludzi oraz jakieś mityczne stwory, nie nosiły żadnych śladów ludzkiej ręki poza napisami typu: „tu byłem” lub „kocham Julkę, Romeo”. Są całkowicie tworem Natury, a konkretnie wód oceanu, gdy ten rozwalony wulkan był jeszcze pod wodą i stanowił atol otoczony koralową rafą. Wrażenie ruchu lub przemieszczania się tych olbrzymich głazów, z których wiele stoi zupełnie wbrew prawom fizyki, wynika z gry światła o różnych porach dnia i przy różnym położeniu Słońca i chmur. Wydaje mi się, że również skały Warszewskiego zostały wyrzeźbione przez Naturę, tym razem przez wiejące na tej wysokości wiatry.

Niemniej jednak takie utwory skalne działają mocno na wyobraźnię miejscowej ludności wywołując skojarzenia różnego rodzaju. W Australii jest regułą, że każde takie dziwne miejsce stawało się obiektem kultu aborygeńskich plemion i czasami wędrowano setki kilometrów, aby odprawić w nim plemienne, religijne ceremonie. Wielu zachodnich badaczy uważa, że większość aborygeńskich mitów zrodziło się kiedyś pod wpływem tych miejsc. Kamienne posągi prehistorycznych zwierząt, ludzi, smoków i różnych maszkar, utożsamiono ze śpiącymi „duchami twórczymi”, przodkami ludzkości – przede wszystkim aborygeńskiej rasy – oraz złymi demonami, które tylko czekają, żeby przebudzić się ze snu i kontynuować swe destrukcyjne dzieło. Między innymi dlatego w pobliżu takich miejsc należało zachować ciszę, a przede wszystkim moralnie żyć na co dzień, żeby nie ściągnąć ich gniewu na swoją głowę.

Naturalnie takie wyjaśnienia są w zupełności wystarczające z punktu widzenia zachodniej, białej mentalności. Wychodząc z założenia, że te utwory skalne stoją w tych samych miejscach od milionów lat, zaś Aborygeni – zgodnie z ortodoksyjną nauką – przybyli do Australii w ostatnim okresie lodowcowym ca 40 tys. lat temu, po prostu wędrując przez kontynent tworzyli swoją mitologię, kosmologię i panteon duchów i bóstw pod wpływem widzianych widoków. Łatwe i rzekomo logiczne wyjaśnienie, które stało się naukowym dogmatem.

(...)

Bardzo możliwe, że w czasach „nowożytnych” Australii, tzn. już po przybyciu i osiedleniu się Aborygenów, mogły występować trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, wypiętrzenia skał i całych łańcuchów górskich, powstawanie nowych rzek, tworzenie się nowych i niszczenie starych jaskiń. W jednym z parków narodowych na pograniczu Queensland i NSW widziałem olbrzymi jar, który powstał niewątpliwie w wyniku zawalenia się stropu obszernej sali jaskini. Co jednak najdziwniejsze, dno i ściany jaru wyglądały tak, jakby strop zawalił się wczoraj. Na dnie było rumowisko skalne, spomiędzy którego wyrastały tu i ówdzie eukaliptusy i różne chaszcze, ale były też powalone stare pnie, niewątpliwie pochodzące z lasu rosnącego nad jaskinią. Podobnie wyglądają podobno jary w Górach Błękitnych. Oczywiście nic na ten temat nie było ani w przewodniku, ani w informacji przy bramie parku. Według australijskich historyków tylko to się liczy, co się wydarzyło w tym kraju po przybyciu białych kolonizatorów. A przecież ta jaskinia mogła się zawalić sto lat temu, tylko żaden biały tego akurat nie zauważył.

(...)



Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011