Od autora:

Leszek Szymański
Napisałem je w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Wirreenun oznacza czarownika w jednym z języków aborygeńskich.
„Wirreenun” było najważniejszym opowiadaniem zbioru pod tytułem: „On the Wallaby Track”, co możnaby przetłumaczyć: „Na Kangurzym Szlaku”, chociaż „wallaby” znaczy „włóczęga”.
Ciekawe są dzieje związane z wydaniem tego (i nie tylko tego) opowiadania, bo one obrazują problemy, z jakimi styka się twórca na emigracji. Pisać – jak to mówią – każdy może. Ale jak zapoznać ze swoją twórczością szerokie grono czytelników? W jaki sposób wydać książkę na „obcym” rynku, choćby się nawet pisało w tym „obcym” języku? Powiem od razu: to jest naprawdę trudna sztuka. Reklama i Dystrybucja na anglosaskim rynku pięknie kłaniają się w pas...
Ze mną było tak: „Wirreenun” było drukowane w prasie emigracyjnej w całym zachodnim świecie, także w USA. Największym powodzeniem cieszyło się w Holandii, gdzie publikowano również wiele innych moich opowiadań.
Po raz pierwszy „Wirreenun” wydrukowano w tomie „Escape to the Tropics”, w zbiorze opowiadań „nowoaustralijskich”. Ukazały się wtedy bardzo dobre recenzje, a mimo to wydawnictwo przeszło w Australii bez większego echa. Kłopot polegał na dystrybucji i reklamie. „Escape to the Tropics” wydał Bolesław Świderski, zasłużony wydawca londyński, który nie do końca poradził sobie wówczas z rozprowadzeniem tomu na rynku anglosaskim. To był jego debiut wydawniczy. Właściwie obaj byliśmy debiutantami. On wydawcą, ja pisarzem.
Zbiór moich opowiadań w formie książkowej w Anglii wydali, nieco później, słynni Bednarczykowie, Krystyna i Czesław - artyści, drukarze, poeci. Oboje byli w armii Andersa, a Czesław był bohaterem spod Monte Cassino. Ponieważ „Wirreenun” cieszył się wówczas dużym powodzeniem, Bednarczykowie postanowili zaryzykować i wydać zbiór moich opowiadań pod tytułem „On the Wallaby Track”. Jak zwykle zrobili to pięknie graficznie ozdabiając książeczkę reprodukcjami sztuki aborygeńskiej.
Napotkali jednak te same przeszkody, co wcześniej Bolesław Świderski: brak odpowiednich znajomości w świecie anglosaskim, kłopoty z dystrybucją. Sprzedaż książki ledwo zwróciła koszta druku. Nie pomogły nawet pozytywne recenzje w prestiżowym wówczas „Times Literary Supplement”. Z polskich krytyków świetną recenzję opublikował Karol Zbyszewski - pisarz, redaktor, historyk. W ówczesnych recenzjach zwrócono uwagę na znakomite oddanie przeze mnie slangu australijskiego i tzw. „Pidgin English”. Wiem, że nie wypada się chwalić, ale to informacja redakcyjna a nie zarozumialstwo z mojej strony.
Przy tej okazji muszę też wspomnieć o propozycji angielskiego producenta, który chciał zrobić z mojego opowiadania film. Zapłacił mi nawet sto funtów za prawo do zrobienia scenariusza. Ale zanim doszło do pierwszych ujęć filmowych – zbankrutował. Zbankrutowało też poważne pismo literackie „Strand”, które również zamierzało drukować moje opowiadania.
W USA, Skandynawii i Holandii, nikt wprawdzie nie zbankrutował, ale nikt też nie wydał zbioru moich opowiadań w formie książkowej. Mimo, że tłumaczenia z języka angielskiego (w którym pisałem) na język polski, były gotowe, bo w tym języku ukazywały się w polskiej prasie emigracyjnej.
Co tu dużo mówić... Wydawcy angielscy, australijscy i amerykańscy nie byli zainteresowani polską twórczością. Ale... W ówczesnej Polsce działo się to samo! W tej współczesnej też nie jest lepiej. Pisarzy emigracyjnych skazywano i skazuje się na nieistnienie.
* * *
Opowiadania w „On the Wallaby Track” są połączone osobą bohatera Jana Skrzetuskiego (pseudonim akowski), który przeżywa niesamowite przygody w Australii i na Nowej Gwinei. Mają one bardzo realistyczną podstawę, bo zanim cokolwiek napisałem, „wąchałem” Australię ze wszystkich możliwych stron, podróżowałem po tym kraju, badałem dokumenty, rozmawiałem z ludźmi... Jedynie wątki literackie i przygody bohatera są wytworem mojej wyobraźni. Ale jeśli czytelnicy będą sądzić że jest inaczej, nie będę przekonywał.
Zapraszam do lektury.
|