Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Wirreenun


WIRREENUN (10)


– Okay starczy mi – powiedziałem. – Dziś się ulatniam.

– All right, żeby cię do wieczora tu nie było.

Lucky wstał i mocno mnie uchwyciwszy za kołnierz wyrzucił na ulicę. Na pożegnanie obdarzył mnie potężnym kopniakiem. Wywróciłem się w czerwonkawy uliczny pył, który zdawał się osiadać wszędzie w całym Coobong.

Czarni stali przed domkiem zgromadzeni w wielką grupę. Żaden z nich nie zaśmiał się nawet, choć zwykle tego rodzaju wydarzenia stanowiły nie tylko źródło żywiołowego wybuchu śmiechu, lecz i długo powtarzanych opowieści.

W milczeniu zataczając się na osłabłych nogach udałem się do naszej chaty. Na próżno czekałem na Miangleę, albo John. Zaczynało się zmierzchać. Co chwila sięgałem do dzbanka z plonkiem. Na każdy szelest na zewnątrz, wahałem się między trwogą, czy to nie Lucky przychodzi sprawdzić, czy jeszcze jestem, a radością, że to wreszcie wraca Mianglea.

Zapadła ciemność. Ze zmrokiem wypełzła bezrozumna, wszechogarniająca trwoga. Przez opary alkoholu przebijał się obraz pastora w białym kołnierzyku i Luckiego w mundurze, trzymających szarpiącą się Miangleę. Rzucają ją na pastwę niesamowitemu potworowi. Nachylają się po bryły złota. Złoto! Złoto!

W okropnej ciszy słychać było głośne oddechy. Olbrzymie obłąkane trwogą oczy Mianglei patrzą prosto w me źrenice, błagając o pomoc. Nagle kakadu zaczęła charczeć. Zdawało mi się, że słyszę trzask łamanych okutymi butami drzwi. Zerwałem się nieprzytomnie i wybiegłem. Nie wiem jak znalazłem drogę. Dotarłem do małej kotlinki wypełnionej głazami. W blasku ognisk, wyraziste, czarne sylwetki zginające się w długim korowodzie w pół, zaczynały tan. Zbliżyłem się. Zdawało mi się, że rozróżniam pastora, Luckiego, Robertsona i kilka innych osobistości Coonbong stojących u wejścia do jaskini.

Między nimi wyrywała się rozpaczliwie kobieta. Na próżno. Trzymano ją mocno! Chciałem się rzucić na jej ratunek. Nagle tak jak wszyscy zamarłem w bezruchu.

Na wierzchołku wielkiego głazu niespodziewanie pojawiła się John. Stała lekko balansując, a mimo to pewnie. Była zupełnie naga, ukolorowana w ochrowe i białe pasy. Zaczęła śpiewać. Głosem potężnym i przenikającym. Nigdy nie słyszałem takiej pieśni. Wypełniała wszystko. Odzywała się we mnie. Cała atmosfera nią drżała. Postać John rosła. Stawała się wielka jak słup dymu. Dotykała głową nieba.

Nagle zewsząd zaczęły się sypać głazy. Ziemia uginała się pod stopami. Coś gorącego przebiegło strumykiem koło moich nóg. Rozlegała się Pieśń.

Ogarnął mnie niewypowiedziany strach. Pośród toczących się głazów, wśród grzmotów i potoków ulewy biegłem na nic nie bacząc. Kamienie prawie ocierały się o mnie, żaden jednak nie zawadził. Zbierając się w potężną lawinę, gdzieś przede mną pędziły w dół na miasto.

W uszach dźwięczała Pieśń.

* * *

Mówiono mi, że znaleziono mnie na torze kolejowym nie przed Brisbane, a gdzieś trzysta mil dalej. Podobno czołgałem się wzdłuż pokładów kolejowych. Zarost miałem tylko trzydniowy. Morderstwem w wagonie kolejowym już się nie interesowano. Zdaje się, że zresztą znaleziono sprawcę.

Miasteczka o nazwie Coobong, nigdzie na mapie nie ma, nikt też o nim nie słyszał. Majaki wszystko! A prawie bym zapomniał, w ręku ściskałem bryłkę szczerego złota, gdy mnie znaleziono nieprzytomnego.

Przysięgłem sobie, że jak długo będę pamiętał Miangleę, nie sprzedam tego złota.

Więc co, dajesz jednak te pięćdziesiąt funtów. Świetnie to kawał grosza!

Namyśliłem się jednak. Nie sprzedaję. Do widzenia!


K O N I E C



Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011