Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Wirreenun


WIRREENUN (2)


Pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem był mały, czerwony strumyczek krwi. Podpełzł pod moją rękę. Wytarłem dłoń o spodnie i ciągle jeszcze nie wiedziałem, co się stało. Wtem mój wzrok padł na ciało rozciągnięte pośrodku wagonu. Drgało i turlało się bezwiednie w takt turkotu kół.

Był to jeden z wyrostków. Z brzucha ciągle wyciekała mu czarna, gęsta posoka. Ręce zaplótł na podbrzuszu, tak jakby nie mógł wytrzymać ze śmiechu.

Z okrzykiem przerażenia zerwałem się na nogi. Po starym marynarzu, młodym i reszcie kompanii nie pozostało nawet śladu. Wagon zachybotał się mocno na zakręcie i trup potoczywszy się nagle ściął mnie z nóg. Upadłem na zimną, oślizgłą masę. Zerwałem się w tej samej chwili i dopadłem drzwi. Odsuwały się ciężko, z oporem. Uderzył mnie prąd powietrza.

Pociąg pędził coraz szybciej. Gdzieś w oddali przez turkot kół słyszałem głosy kolejarzy. Zbliżali się. Trup obijał się o moje nogi i co chwila zdawało mi się, że coś zimnego muska mnie po grzbiecie.

Nie mogłem tu zostać! Byłem cały umazany krwią. Jak udowodnię, że go nie zabiłem? Zresztą nie zastanawiałem się wiele. Pociąg ciągle nabierał szybkości. Wiatr szumiał mi w uszach. Zdawało mi się, że słyszę kroki zbliżających się kolejarzy.

Nagle i z rozpaczą skoczyłem. Pęd przygiął mnie do ziemi. Biegłem z niesamowitą szybkością, nie mogąc się zatrzymać. Przeskoczyłem jakiś drut. Uderzałem piętami o ziemię z taką mocą, że każdy krok rozlegał się łomotem bólu w czaszce. Łamałem i gniotłem krzaki buszu, nie mogąc skręcić.

Wtem zamajaczył przede mną wielki pień eukaliptusa. Jeszcze sekunda i roztrzaskam się oń. Rzuciłem się na ziemię. Przekoziołkowałem parę razy. Rozdzierały mnie krzaki. Wreszcie uderzyłem się o coś mocno w głowę i straciłem przytomność.

Ocknąłem się dopiero nad ranem. Świtało już. Busz rozbrzmiewał głosami ptactwa i brzęczeniem owadów. Zwabione zapachem krwi u mych nóg kręciły się olbrzymie mrówki. Usiadłem. Głowa mi pękała. W krótkim odstępie czasu, był to już trzeci raz, gdy omal sobie nie rozwaliłem czaszki.

Nagle zerwałem się na nogi. Byłem absolutnie sam! Ten prosty fakt dopiero teraz dotarł do mojej świadomości. Najzupełniej sam, bez jedzenia i wody w wyschłym buszu. O życiu na łonie natury nie mam najmniejszego pojęcia. Zawsze mieszkałem w miastach. Tymczasem tu w australijskim buszu najbardziej doświadczeni ludzie potrafili zaginąć bez śladu, pięć minut od obozowiska.

Ruszyłem przed siebie. Lawirując, z trudem przedzierałem się przez gęstwinę. Gałęzie smagały mi twarz, kolce darły ubranie. Minąłem grupę wysokich drzew gumowych i nagle przede mną był tor kolejowy.

Daleko w jedną i drugą stronę szły dwie prawie błękitne linie dotykając horyzontu. Stanąłem na podkładach. Krótka, czy daleka droga - byłem uratowany. W ciągu kilkunastu godzin powinienem dotrzeć do jakiegoś ludzkiego osiedla i – wody!

Wody! Czułem jak mi zaschło w gardle. Od wczoraj nie miałem kropli w ustach. Po męczącej bieganinie przez busz, po wszystkim denaturacie, który wypiłem, przeżywałem teraz męczarnię. Język wysechł mi zupełnie i gdy usiłowałem przełknąć ślinę, obie połowy gardła schodziły się razem.

Wlokłem się krok za krokiem. Słońce grzało teraz z całą mocą. Okręciłem głowę koszulą i wtedy zdawało mi się, że ktoś zdziera mi skórę z pleców. Nie mogłem się zatrzymać i usiąść wiedząc, że nie będę mógł podjąć wędrówki na nowo.

Przystanąłem na moment na szczycie wzgórza. Jak okiem sięgnąć rozciągała się wyschła płaszczyzna zarośnięta rzadkim buszem. Nagle coś błysnęło w słońcu. Przyjrzałem się dokładnie. Nic. Już się obracałem, gdy kątem oka znów pochwyciłem blask. Nie zmieniając położenia głowy, tak się nastawiłem, żeby widzieć dokładnie.

Nie było tym razem wątpliwości. Kilkaset jardów przede mną w dziurze połyskiwała woda. Z niespodziewaną energią zacząłem biec. Po chwili straciłem jednak wodę z oczu. Przystanąłem i znów ją widziałem. Gdy doszedłem tam, woda wydawała się być kilkaset jardów dalej.

Bez wątpienia miałem po swych przeżyciach gorączkę, lecz też i na pewno widziałem wodę. Oddalałem się coraz bardziej od toru kolejowego wabiony odbłyskiem oddalającej się wody. Z trudem unosiłem nogi, pchany przemożnym pragnieniem.

Wreszcie z rozpaczą zdecydowałem się zawrócić. Lepiej skonać na szlaku kolejowym, niż w buszu. Tam była chociaż ta najmniejsza szansa na ocalenie.



Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011