Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Wirreenun


WIRREENUN (3)


Lecz nie mogłem znaleźć toru. Próbowałem we wszystkich kierunkach. Byłem beznadziejnie zabłąkany. Szedłem jak w śnie, nie zwracając już uwagi na ciągle majaczącą wodę.

Wtem ujrzałem przed sobą dziewczynę. Wyszła zza uschłego pnia eukaliptusa. Byłem tak otępiały, że przyjąłem jej zjawienie się bez najmniejszego zdziwienia. Stała parę kroków przede mną, uśmiechając się lekko.

– Hallo! – powiedziałem.

– Hallo! – odpowiedziała i skinęła głową. Bujne, złote włosy rozsypały się na jej plecach, lśniąc w słońcu. Dopiero teraz dostrzegłem, że była zupełnie naga. Odwróciła się do mnie tyłem i kusząco zakołysała białymi pośladkami. Zaczęła się oddalać.

Podążyłem za nią. Słowo daję, iż nie dlatego, żebym był w uwodzicielskim nastroju. Zwykle nie unikam tych rzeczy, lecz tym razem szedłem tylko dlatego, ponieważ myślałem, że zaprowadzi mnie do ludzkich osiedli. Na moje pytania nie zwracała uwagi.

Nie wiem jak długo szliśmy. Kilka razy zwalałem się na ziemię, gotowy umrzeć nawet, byle nie musieć iść dalej. Dziewczyna chwytała mnie wtedy za ramię z niespodziewaną siłą, trzęsieniem i kuksańcami zmuszała mnie do marszu. Obrzucałem ją obelgami. Nienawidziłem. Parę razy nawet usiłowałem ją uderzyć. Nie pomagało.

W końcu doszliśmy do jakiegoś zabudowania. Otwarłem drzwi chaty i usiadłem bezwładnie na podłodze. Ktoś podał mi blaszankę wypełnioną wodą. Pochłonąłem ją raz, drugi, trzeci nie otwierając oczu. Potem zasnąłem.

Gdy się obudziłem, przez małe okienko chaty wpadało słońce. Leżałem na polowym łóżku zaścielonym paru brudnymi kocami. Przy oknie stał prosty stół z nieheblowanych desek. Na piecu dymiło się parę garnków.

– Głodny? – ktoś się zapytał.

Odwróciłem się. Przy ścianie stała młoda tubylka. Ubrana była w starą nylonową sukienkę i miała kwiecistą chustkę zawiązaną na szyi. Zęby szczerzyła w uśmiechu. Powiem szczerze, że choć jestem demokratą i chciałbym wolności, australijskich aborygenów wcale nie uwielbiam. Ale ta była zupełnie znośna. Nie, żeby jakaś piękność, lecz wytrzymać można.

– Głodny? – powtórzyła.

– Jeszcze jak – odpowiedziałem.

Podeszła do pieca i nalała mi w starą puszkę po konserwach aromatycznej, mięsistej zupy. Gdy łapczywie jadłem, przypatrywała mi się ciekawie.

– Jak się nazywasz?

– Tom.

Nigdy się nie silę wobec Australijczyków, czarnych czy białych, na podawanie swego prawdziwego imienia, lub nazwiska. I tak im przez gardło nie przejdzie, a przykro słuchać jak się porządne nazwisko na wszystkie strony wykręca.

Angielski jej choć prymitywny był nie najgorszy. Mówiła z lekko gardłowym, chropawym akcentem. Po zakończeniu każdego zdania odrzucała lekko głowę w tył jakby słuchając z uwagą echa swego głosu.

– A ciebie jak wołają – spytałem.

– Mianglea.

Było to dziwne imię. Z reguły tubylcy przybierają jak najbardziej pospolite anglosaskie imiona.

– Chrześcijanka? - spytałem.

– Nie – odpowiedziała i odwróciła się tyłem.

Przez następną godzinę nie odzywała się do mnie. Wyszedłem przed chatę. Na podwórzu kręciło się kilka zabiedzonych kur. Na małym pólku coś rosło. Nie widziałem w pobliżu żadnych innych zbudowań. Wąska ścieżka nikła w buszu. Wolałem jednak nie ryzykować samotnej wędrówki.

Gdy wróciłem do chaty, Mianglea przywitała mnie uśmiechem. Rozczesała swoje kędzierzawe włosy i posmarowała je czymś błyszczącym. Wyglądały całkiem możliwie, nie jak miotlana głowa, jaką zwykle noszą na karkach tubylki.



Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011