Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Wirreenun


WIRREENUN (5)


Rzeczywiście po paru minutach w mieszkaniu zjawiła się druga dziewczyna. Ubrana była w starą sukienkę w centki przypominające tygrysie. Włosy spadały jej prawie na oczy. Jaśniejsze niż mają tubylki. Daleko jednak do blond. Nie patrzyła w moją stronę. Tak jakby wszystko wiedziała.

– Hallo – rzuciłem.

Nic nie odrzekła. Zwaliła z ramienia tobołek i nalała sobie zupy z kociołka. Gdzieś spod pieca wypełzł czarny, jadowity wąż. Zerwałem się na nogi i chwyciłem za stołek. Mianglea uwiesiła mi się u ramienia.

– Stój, John zna Pieśń, John jest sama wirreenun. Wąż należy do John.

John wyjęła ze swych łachmanów pół pintową butelkę mleka i wylała jej zawartość na podłogę. Wąż przysunął się do kałuży i zaczął pić mleko. Patrzyłem oniemiały. Czarny wąż jest jednym z najjadowitszych. Jego ukąszenie zabija błyskawicznie. John w dalszym ciągu nie zwracała na mnie uwagi.

– Hej – powiedziałem do Mianglea – czy jesteś pewna, że ta piękność, twoja siostra nazywa się John a nie Joan.

– John, na pewno John – stwierdziła Mianglea.

– Niech ci będzie. Hallo John jak się masz?

Dziewczyna nie odrywała się od swojej puszki z zupą. Włosy miała zmierzwione. Nos bardziej spłaszczony niż Mianglea i skórę czarniejszą. Ale nie powiem, żeby mi się nie podobała.

Na dworze zapadał mrok. Busz rozbrzmiewał wrzaskami układających się do snu ptaków. Przeraźliwie dźwięczały cykady. Zwykłe, nie dające się określić hałasy wypełniały powietrze, Niepewny ogień rozjaśniał się i znikał.

Mianglea z półki, zakrytej starą odzieżą, wydobyła naftową lampę, nalała kerosiny i przyjemne żółtawe światło wypełniło chałupę. John, przykryta po czubek kędzierzawej głowy, spała na swoim posłaniu. W pokoju zaczynały brzęczeć pierwsze moskity.

Mianglea zaczęła metodycznie smarować twarz czerwonawą glinką.

– Chcesz? – spytała.– Bardzo dobre na moskity.

Nie chciałem. W nocy zbudziłem wszystkich i zażądałem glinki. Przyjemna, chłodna masa studziła rozpaloną od ukąszeń moskitów twarz. Spałem bardzo dobrze.

Gdy wstałem słońce było już wysoko. Wyszedłem przed lepiankę. Powietrze było świeże, balsamiczne, przesycone zapachem eukaliptusów i drzew gumowych. Ani z Mianglei ani z John nie było ani śladu. Na piecu czekały resztki wczorajszej zupy. Zacząłem jeść.

– Dobre, kanguru – usłyszałem za plecami głos. Obróciłem się. W wejściu stała John. Wyglądała czyściej i sympatyczniej niż wczoraj. Z twarzy jej znikł dziki wyraz.

– Kanguru? – spytałem.

– Kanguru, bardzo dobry – spojrzała na mnie badawczo.

Nie brzydzę się żadnym rodzajem jedzenia, więc wiadomość ta nie wywarła na mnie większego wrażenia, lecz dla grzeczności wyraziłem odpowiednie zdumienie. John zdawała się być zadowolona z tego.

– Gdzie Mianglea? – spytałem.

– Mianglea poszła do Coobong.

– Po co?

– Do pracy.

Zamyśliłem się. Mimo wszystko dalsze siedzenie w tej rozpadającej się chałupie nie miało sensu. Perspektywy wydawały mi się dzisiaj znacznie jaśniejsze niż wczoraj. Zresztą, kto może wiedzieć kiedy dziewczynom znudzi się dawać mi jedzenie. Wolałem tego sam uniknąć.

– Zaprowadź mnie do miasta.

– Dobrze – John zgodziła się bez oporu. – Nie będziesz tam długo – dodała.

– Dlaczego?

– Biali ludzie znają czary. Ciebie tam nie trzeba, zepsujesz czary.

Wzruszyłem tylko ramionami.

– Zaprowadzisz? – spytałem.

– Dobrze.

Zbliżyłem się do niej. Uśmiechnęła się szeroko. Nagle odechciało mi się odchodzić.



Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011