Przegląd Australijski
Image Map

Strona
główna
Australia
z oddali
Świat Tubylców
Australijskich
Wędrówki
kulinarne
Piórem,
Pędzlem i...
„Panorama”
- miesięcznik
Ostatnia aktualizacja: 29.12.2012

Wirreenun


WIRREENUN (9)


Głowa jej trzęsła się w takt moich ruchów. Zęby szczękały. Z przeciętej wargi ciekła wąska strużka krwi. Cisnąłem Mianglea na podłogę. Upadła ciężko, bez jęku i leżała nieruchomo. Zrobiło mi się jej teraz żal. Nie wiedziałem co począć. Ogarnęła mnie wściekłość skierowana tym razem przeciw obywatelom Coobong.

– Bloody Bastards, Bloody Bastards... – powtarzałem na głos.

– John, która do tej pory patrzyła się z flegmatycznym spokojem na rozgrywającą się scenę, raczyła się odezwać.

– Pastor kazał ci odejść, bo jutro wielka noc.

– Co to znaczy wielka noc?

Jutro wszyscy Czarny Człowiek przyjść najdalej na coraboree*. I niektórzy Zbyt Biały Człowiek też. Biały Człowiek wybierze czarną kobietę dać zjeść Onya przy Kamieniu. Dlatego Biali nie chcą obcych w Coobong. Onya przyniesie dużo złota. Biali ludzie zadowoleni. Dadzą dużo jeść i pić Czarnym. A ty nie odchodź. Jutro zaśpiewam Pieśń-Pieśń. Biali ludzie pójdą. Ty...

John spojrzała na mnie z pogardą.

– Ty się nie śmiej. To może jutro być Mianglea. Bardzo dużo prawdopodobne. Pieśń też nie lubi się śmiać.

Wybuchłem histerycznym śmiechem. Płakałem, zwijałem się w kłębek i tarzałem obok nieruchomej Mianglei. John wyszła w milczeniu. Czułem, że obraziła się na mnie.

Tej nocy wypiłem bardzo dużo plonku** Mianglea miała olbrzymi dzban schowany za piecem. Wypróżniłem chyba z połowę. Zalałem się niesamowicie. Gdy się nazajutrz ocknąłem, ani John, ani Mianglei nie było w chacie. Ogarnął mnie niepokój o Miangleę. Chyba jej nic nie zrobiłem. Szybko się ubrałem i poszedłem do miasteczka.

Na ulicach roiło się od czarnych. Wypełzli jak pchły na psie. Biali siedzieli zamknięci w domach oglądając telewizję lub słuchając radia. Mianglei ani John nigdzie nie było. Prawie, że zrezygnowałem z poszukiwań, gdy zza rogu pojawił się Lucky. Skinął ręką, drugą znacząco oparł na pistolecie.

– Chodź! – powiedział.

Posłusznie podążyłem za nim.

Szedł nie na posterunek a do swojego domu. Wpuścił mnie pierwszego i wprowadził do dużego „lounge room”, gdzie przed wielkim aparatem telewizyjnym siedziała jego żona, drobna, wysuszona blondynka.

Lucky usiadł wygodnie na fotelu. Ja stałem niezręcznie pośrodku pokoju. Żona nie odrywała się od telewizji. Słyszałem za plecami piskliwy głos Donald Ducka.

– Wynosisz sie z miasta, co? – spytał Lucky. Ogarnęła mnie wściekłość. Miarka się przebrała.

– Nie!

Lucky wyprostował długie nogi. Z kieszeni wyciągnął notes w skórkowej oprawie.

– Jak dawno tu już jesteś? Tylko nie łgaj.

– Około miesiąca.

– Pasuje. W tym czasie znaleziono w Brisbane trupa w wagonie kolejowym. Słyszałeś coś o tym?

– Nie.

Lucky nagle zerwał się na nogi. Z całej siły uderzył mnie w twarz. Poprawił kopnięciem w brzuch. Zgiąłem się z głuchym jękiem bólu.

Żona Luckiego oderwała się na chwilę od programu. Odwróciła głowę. – Jim tylko nie w nos! – rzuciła ostro – żeby mi znów nie było krwi na dywanie.

– Okay darling – powiedział Lucky. – I am sorry. I zaczął mnie systematycznie obrabiac, unikając jednak skrupulatnie okolic nosa. Zmęczył się po paru minutach i usiadł ciężko dysząc na fotelu. Spoglądał na mnie spode łba.

– No co ty przeklęty Newaustralian, chcesz jeszcze tu zostać, czy ci się odechciało, a może mam cię zaaresztowac i odesłać do Brisbane.

Ból rozsadzał mi głowę. Okropne uczucie mdłości górowało nad wszystkim. Całe ciało trzęsło się w nerwowych dreszczach. Czułem jak mi zapuchają oczy. Wszystkie moje postanowienia roztopiły się jak lód na słońcu. Chciałem tylko jednego: uciec stąd jak najdalej.


* Coraboree – wiec

** plonk – australijskie wino



Poleć ten artykuł znajomemu | zobacz co słychać na forum
Copyright © Przegląd Australijski 2004-2011